Rozdział
1
Dołeczek
na policzku
„Jacob
Decker!”
Deck
odwrócił się, słysząc swoje imię wołane głosem, który znał, ale którego nie
słyszał od lat. Głosem, który lubił.
Głosem,
którego mu brakowało.
Głosem,
który rozpalał mu krew w żyłach.
Rozejrzał
się po stosunkowo ruchliwym w porze lunchu drewnianym chodniku Gnaw Bone i nie
mógł jej dostrzec.
Zamiast
tego widział, idącą w jego stronę, niesamowicie piękną kobietę. Miała na sobie
obcisłe ciemne dżinsy, schowane w stylowych brązowych skórzanych butach na
wysokim obcasie, które sięgały jej prawie do kolan, w przerobionej, kobiecej
kurtce motocyklowej z brązowej skóry z drogim szalem owiniętym luźno wokół
szyi. Jej długie, lśniące ciemnobrązowe włosy lśniły w zimnym zimowym słońcu
Kolorado, a subtelne czerwone pasemka tworzyły z nich oszałamiająco atrakcyjną
cechę. Spod dzianinowej czapki naciągniętej na uszy włosy wychodziły gładkim
prześcieradłem spływającym na ramiona. Jej oczy zasłaniały wielkie, eleganckie
okulary przeciwsłoneczne w brązowych oprawkach.
Jej
pełne różowe usta były uniesione w uśmiechu.
Zatrzymała
się dwa kroki przed nim, a on spojrzał na nią ze zdziwieniem, ponieważ nawet w
jej okularach przeciwsłonecznych jej twarz wykazywała czułe uznanie, ciepło i
dużo więcej.
Ale
nigdy w życiu nie widział tej kobiety.
A
Deck nigdy nie zapomniał twarzy.
Nigdy.
Ale
nawet gdyby zapominał, nigdy nie zapomniałby tej twarzy.
Albo
jakiejkolwiek innej jej części.
Potem
jej uśmiech pogłębił się i dołeczek, który pamiętał, został wyraźnie odciśnięty
na jej prawym policzku, a jego zaskoczenie zmieniło się w całkowity szok, kiedy
pochyliła się w jego stronę. Podnosząc rękę i kładąc ją lekko na jego ramieniu,
drugą ręką położyła na jego klatce piersiowej, wspięła się na palcach i
przycisnęła swój policzek do jego.
-
Jacob - mruknęła, a on poczuł nawet przez kurtkę, jak jej palce wbijają się w
jego ramię.
Jacob.
To
imię, imię, na którego używanie pozwalał bardzo niewielu ludzi, wypowiedziane
tym głosem, głosem, za którym tęsknił, przeszyło go.
Deck
schylił brodę i poczuł, jak jej miękkie włosy przesuwają się po skórze na jego
policzku. Jego krew wciąż była gorąca, ale teraz poczuł ucisk w klatce
piersiowej.
-
Emme - wyszeptał, unosząc rękę i owijając palce wokół wcięcia jej talii.
Odchyliła
głowę do tyłu; podniósł swoją i ich okulary się spotkały.
Wciąż
uśmiechała się tym uśmiechem z uroczym dołeczkiem, który wywołał falę
przenikliwych wspomnień przeszywających jego czaszkę. Wspomnień, które zakopał.
Wspomnienia
o Emme.
-
Minęło dużo czasu - powiedziała cicho.
-
Tak - zgodził się.
I
tak było. Całe lata. Dziewięć lat.
Zbyt
długo, by znów zobaczyć Emme.
-
Jak się masz? - zapytała, wciąż się nie odsuwając.
-
Żyję - odpowiedział, zauważył pogłębienie dołka i wiedział, że gdyby nie miała
okularów przeciwsłonecznych, zobaczyłby, jak tańczą jej niezwykłe, jasnobrązowe
oczy. W tamtych czasach często sprawiał, że jej oczy tańczyły. I nie musiał na
to zapracowywać. Po prostu mu to dawała.
I
to często.
-
Em! - warknął męski głos.
Deck
uniósł głowę i Emme odsunęła się lekko, opuszczając ręce od niego, gdy się
odwróciła. Oboje spojrzeli na wysokiego, przystojnego, dobrze zbudowanego
blondyna w mundurze górala złożonym z flanelowej koszuli, spranych dżinsów,
butów budowlanych i dżinsowej kurtki, stojącego trzy kroki dalej i marszczącego
brwi.
Emme
przesunęła się do mężczyzny, jej dołeczek zniknął, ale usta wciąż wykrzywiały
się w uśmieszku. Owinęła dłoń wokół jego bicepsa i pochyliła się do niego w
znajomy sposób, który mówił wszystko o tym, kim był dla niej.
Deck
też poczuł, że to przecina jego ciało, ale tym razem w sposób, który nie był
przyjemny.
-
Dane - zaczęła - to stary przyjaciel. Jacob Decker.
Wyrzuciła
rękę w kierunku Decka, podnosząc okulary przeciwsłoneczne do jego twarzy - Jacob,
to jest Dane McFarland. Mój, hmmm… cóż, chłopak.
Ponownie,
zszokowany jak cholera, że Emmanuelle Holmes miała chłopaka, ale nie zszokowany
tym, że ta szczupła, stylowa, oszałamiająca Emme miała takiego, Deck otworzył
usta, by się przywitać, ale McFarland powiedział przed nim.
-
Stary przyjaciel?
Deck
poczuł, jak jego ciało napina się na zwięzły ton mężczyzny, gdy patrzył, jak
głowa Emme szybko odwraca się, a jej okulary blokują się na twarzy jej
chłopaka. Zauważył również, że jej uśmiech zniknął.
-
Stary przyjaciel - stwierdziła stanowczo.
McFarland,
nie mając na oczach okularów przeciwsłonecznych, bo miał je we włosach, ogarnął
Decka od stóp do głów groźnym spojrzeniem.
Wziął
mylne wyobrażenie.
Oczy
McFarlanda przeniosły się na Emme, a to, co powiedział później, dowiodło, że
Deck miał rację.
-
Jakiego typu stary przyjaciel?
To
było złe pytanie. Deck wiedział o tym, ponieważ nawet jeśli mężczyzna miał
podejrzenia, że jego kobieta właśnie przedstawiła mu byłego kochanka, powinien
poczekać, aż zostaną sami, aby ją o to spytać. Wiedział o tym również dlatego,
że uśmiech Emme nie tylko zniknął, ale jej twarz stała się nieco zimna.
-
Takiego typu, że mogę go przedstawić mojemu chłopakowi? - odpowiedziała pytaniem,
które nie do końca ukrywało jej sarkazm, jej gładki altowy głos – coś wśród
wielu rzeczy, co zawsze w niej lubił – stał się prawie tak zimny, jak jej
twarz.
Emme
nie brała gówna od swojego mężczyzny.
Kolejna
niespodzianka.
Spojrzenie
Dane’a stało się skruszone, ale zimno nie opuściło ani trochę twarzy Emme, a
Deck postanowił brnąć.
-
Zacznijmy to jeszcze raz - powiedział, podając rękę.
-
Dane, jak powiedziała Emme, jestem Jacob Decker. Stary przyjaciel Emme, tylko
przyjaciel, z tamtych czasów. Wszyscy nazywają mnie Deck.
Oczy
McFarlanda skierowały się na niego, opadły na jego rękę, a następnie z powrotem
na twarz, kiedy ujął dłoń Decka. Ścisnął i zrobił to jak ciężkie wyzwanie,
zawody. Jego absurdalnie silny uścisk mówił, że albo nie lubił, że jego
dziewczyna ma przyjaciół mężczyzn, bez względu na to, jakimi byli, albo że
zauważył, że Deck ma nad nim jakieś sześć centymetrów i prawdopodobnie dwadzieścia
kilogramów przewagi, ale nadal czuł, że może go przebić.
Albo
mówił jedno i drugie.
Facet
był kutasem.
Był
też kretynem.
Tylko
z tą różnicą w ich rozmiarach, każdy mężczyzna byłby na tyle sprytny, by nie
rzucać takiego wyzwania lub nie myśleć, że mógłby pobić Decka. Ale fakt, że te dwadzieścia
kilogramów przewagi, które miał nad nim Deck, były tylko mięśniami i McFarland
nie mógł tego przegapić, czynił go bardziej kretynem.
A
Deck nie lubił tego dla Emme.
Nie
mogąc zrobić nic innego, ścisnął jego rękę w odpowiedzi, zobaczył wzdrygnięcie
McFarlanda, poczuł, że jego ręka zwiotczała w odruchu samozachowawczym, aby
ocalić jego kości przed zmiażdżeniem i po stwierdzeniu, że udowodnił swoje,
Deck puścił ją.
McFarland
zgiął palce dwukrotnie, po czym wsunął dłoń kieszeni.
Emme
to przegapiła. Spoglądała na Decka.
-
Co robisz w Gnaw Bone? - zapytała.
-
Mogę zapytać cię o to samo - odpowiedział.
-
Mieszkam tutaj teraz.
Kolejny
szok. Jej rodzina była w Denver i byli blisko. Nie miała gównianych przyjaciół,
ale oni też byli w Denver. I była typem kobiety, o której myślał, że wcześnie
się osiedli w życiu, które uzna za wygodne i zostanie tam na zawsze.
Z
drugiej strony myślał wiele rzeczy o Emme, którą znał, w tym fakt, że była
słodka, zabawna, interesująca i nikt, oprócz jego najlepszego przyjaciela
Chace’a Keatona, nie prowadził lepszej rozmowy. Ale, nawet jeśli robiło to z
niego kutasa, zawsze myślał, że była aseksualna. Tak to zrobiła. Pracowała na
to.
Wyglądała
tak, jak wyglądała, ubierała się jak była ubrana, miała mężczyznę, co
oznaczało, że przejście do Gnaw Bone nie powinno być wielką niespodzianką,
ponieważ dokonała wielu zmian.
Nie
podobało mu się jednak, że mieszkała w Gnaw Bone.
To
nie chodziło o to, że tam mieszkała. Chodziło o to, że nie miał pojęcia, jak
długo ona tam będzie, ale nie mógł zaprzeczyć, że wiedza, że mieszka blisko,
jak długo by to nie było, wytrącała go to z równowagi.
-
Twoja kolej - popchnęła, gdy nie powiedział nic na temat, dlaczego jest w tym
mieście.
-
Interesy - odpowiedział i dołeczek pojawił się ponownie.
-
To świetnie - odpowiedziała - Proszę, powiedz mi, że będziesz w okolicy przez
jakiś czas. Muszę wracać do pracy, ale z przyjemnością spotkam się z tobą na
kolacji.
Będzie
w tam przez jakiś czas. Nie kłamał. Był w Gnaw Bone w interesach. Ale mieszkał
w Chantelle, dwadzieścia minut jazdy stąd.
I
nie miał planów. Więc na pewno mógł być na kolacji.
Uśmiechnął
się do niej - Zgoda.
-
Uh, Em, dziś wieczorem mam gówno do zrobienia - wtrącił McFarland i zarówno
Deck, jak i Emme spojrzeli na niego.
-
W porządku, kochanie - powiedziała, a Deck powstrzymał się od tego by jego
uśmiech się pogłębił, gdy oczy McFarlanda błysnęły z irytacją - Jacob i ja
możemy zjeść kolację bez ciebie. W każdym razie mamy dużo do nadrobienia i
prawdopodobnie zanudzisz się, skoro nie będziesz wiedział, o kim lub o czym
mówimy.
McFarland
nie lubił, jak jego kobieta planowała kolację z innym mężczyzną lub miała z nim
historię, nawet jeśli była platoniczna. Było to wyraźnie widoczne na jego
twarzy, ale dostał nauczkę kilka chwil wcześniej i trzymał język za zębami.
Emme
spojrzała na Decka.
-
Czy znasz Znak? To zaraz na końcu tej drogi - Wskazała za niego, ale on skinął
głową, tak jak i ona zaraz potem.
-
Znam Znak, Emme - powiedział jej Deck.
-
Świetnie - pokazała mu kolejny raz dołeczek - To co, tam o siódmej?
-
Dla mnie może być - zgodził się.
Dołeczek
pogłębił się, nawet gdy nieszczęśliwe wibracje popłynęły od jej chłopaka.
-
Nie mogę się doczekać, Słonko - powiedziała cicho, słowami przeznaczonymi tylko
dla niego, czułymi słowami, które sprawiły, że jej chłopak był jeszcze mniej
szczęśliwy, co znalazło odzwierciedlenie w wibracjach, które spływając po nim
stały się kolczaste.
Ale
te słowa przesunęły się przez Decka jak brzytwa przez jedwab.
Zawsze
nazywała go Słonko. Elsbeth nienawidziła tego.
Z
drugiej strony Elsbeth ostatecznie nie była wielką fanką przyjaźni Decka z jej
najlepszą przyjaciółką.
Ku
jego zdziwieniu zobaczył Emme tutaj, w Gnaw Bone, kilka godzin drogi od
miejsca, gdzie jak wiedział, mieszkała. Widząc ją taką, jak ją widział,
całkowicie odmienioną, ze znacznie dłuższymi włosami, tymi pasemkami,
zmieniającymi ją ubraniami, lżejszą o co najmniej dwadzieścia kilogramów, a prawdopodobnie
więcej. Widząc ją z mężczyzną. Kurwa, w ogóle ją widząc po tym, co się stało,
jak wszystko się skończyło i jaką ostatnią rzecz zrobiła, gdy ją widział po raz
ostatni.
Po
tym wszystkim z opóźnieniem zdał sobie sprawę, że powinien był bardziej uważać.
Powinien był trzymać swoje gówno razem. Może nie powinien był zgodzić się na
pójście z nią na kolację. Zamknął za nią drzwi, dosłownie, po tym, jak sprawy
się skończyły z Elsbeth. To ją zraniło. I był tak zajęty Elsbeth, że nigdy nie
wrócił, żeby je otworzyć.
Ale
planował kolację.
A
zrobił to, ponieważ nie wyglądała tak jak ona, Deck zastanawiał się dlaczego, a
Deck nie lubił łamigłówek. Jak znajdował zagadkę, rozwiązywał ją. Ta kolosalna
zmiana w Emme była zagadką, którą zamierzał rozwiązać.
Zrobił
to również z powodu ostatniej rzeczy, którą zrobiła, gdy widział ją po raz
ostatni.
I
na koniec zrobił to tylko dlatego, że była Emmą.
Mógł
ją wtedy skrzywdzić, ale, jeśli poprawnie odczytywał jej obecne zachowanie, nie
miała urazy.
–
Ja też – mruknął Deck.
McFarland
objął ją ramieniem, przyciągając ją do siebie i stwierdzając – Musimy wracać do
pracy, kotku.
Spojrzała
na niego i kiwnęła głową - Racja.
Jej
okulary wróciły na Decka i posłała mu kolejny uśmiech, bez dołeczka – Dzisiaj
wieczorem. Znak. Siódma.
Ponieważ
jej chłopak był kutasem i ponieważ miało to sens, Deck zasugerował - Daj mi
swój numer. Dam ci mój. Na wszelki wypadek, gdyby coś się spieprzyło, jedno z
nas się spóźniło, czy cokolwiek.
Zgodnie
z oczekiwaniami McFarlandowi się to nie podobało i rzucił Deckowi twarde
spojrzenie.
Deck
zignorował to i wyciągnął telefon z tylnej kieszeni, gdy Emme wyszła z
krzywizny ramienia swojego chłopaka, by pogrzebać w torebce.
-
Ty pierwszy czy ja? - spytała z pochyloną głową, włosami lśniącymi w słońcu. Widział
jej profil i elegancką krzywiznę jej szczęki. Coś, czego nigdy wcześniej nie
zauważył. Coś jeszcze, co go zaskoczyło nie tylko dlatego, że to zauważył, ale
także dlatego, że było eleganckie, ponętne, zachęcające do dotyku, a nawet posmakowania
i to także go zaskoczyło, bo zawsze wszystko zauważał.
Ale
nigdy nie zauważył tego.
A
nie musiał myśleć o tym, jak smakowałaby szczęka Emmanuelle Holmes, gdy stała
obok swojego chłopaka.
-
Ja - powiedział. Skinęła głową, a on podał jej swój numer.
Zrobiła
to samo, kiedy skończył i wsadziła telefon do torebki.
-
Teraz jest dobrze - powiedziała mu.
-
Jest - zgodził się.
-
Do zobaczenia o siódmej - powiedziała.
-
Tak - odparł Deck, po czym spojrzał na McFarlanda.
-
Później.
McFarland
podniósł brodę, nic nie powiedział, ponownie objął ramieniem Emme i pociągnął
swoją kobietę wokół Decka.
Objęła
ramieniem talię McFarlanda, ale wciąż wykręcała się, by pomachać do Decka i
odchodząc, obdarzyć go kolejnym uśmiechem z dołeczkiem.
Deck
stał na dość ruchliwym chodniku i obserwował, jak McFarland ładuje Emme do
wielkiego, czerwonego, błyszczącego, odpicowanego, całkowicie mój-fiut-jest-mały
GMC Sierra.
Kolejny
powód, żeby pójść na kolację z Emme. To znaczy by dowiedzieć się, co do cholery
robiła z tym dupkiem.
Odwrócił
się, ukrywając, jak się poczuł na widok Emme, gdy schodził po drewnianych
deskach w kierunku posterunku policji. Całe to gówno pieprznęło dawno temu.
Teraz
to było skończone. On z tym skończył. Wreszcie. Po dziewięciu latach.
A
najważniejszą prawdą było to, że w końcu dowiedział się, że największą rzeczą,
jaką stracił w tym wszystkim, była Emme.
Więc
myślał o tym, że nie byłoby do dupy, że może mógłby ją odzyskać.
Wszedł
na komisariat, założył okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy i podszedł do
recepcji, widząc, że recepcjonistka mu się przygląda.
W
chwili, gdy zatrzymał się przed nią, zanim zdążył się przedstawić, stwierdziła
– Jesteś Jacob Decker.
Nie
był zaskoczony. Byli mężczyźni, których trudno było opisać. Decka: wystarczyło kilka
słów, a ludzie poznawali go dwie przecznice dalej.
-
Jestem - potwierdził.
-
Mick i pozostali na ciebie czekają - poinformowała go, patrząc w górę, w dół, w
górę i zatrzymując się od czasu do czasu, aby lepiej przyjrzeć się czemuś: jego
biodrom, ramionom, włosom.
To
też go nie zdziwiło. Kobiety robiły to często. Miał metr dziewięćdziesiąt trzy,
więc było go dużo do ogarnięcia. Nie umknęło mu to, że większość kobiet lubiła
patrzeć. A jeśli lubił, tego kto patrzył, nie wahał się wykorzystać tego na
swoją korzyść.
-
Po prostu idź dookoła lady, na tył korytarza, drugie drzwi na lewo. Jak chcesz
kawy, idź dalej, napij się i cofnij się - zakończyła.
Skinął
głową, wymamrotał - Dzięki - i ruszył.
Nie
zawracał sobie głowy kawą. Miał środki, aby mieć najlepsze rzeczy w życiu i
dlatego nie akceptował niczego gorszego. Z doświadczenia wiedział, że kawa na
posterunku policji nie jest najlepsza. Deck z samego rana zmielił i zaparzył
sobie świeżą kawę. Kupił ekspres w Internecie. Kosztowało to pieprzone krocie.
I
było warto.
Podszedł
do drugich drzwi na lewo. Były zamknięte. Zastukał w nie ostro knykciami i
wszedł, gdy usłyszał wezwanie.
Wszyscy
tam byli, tak jak powiedział mu Chace.
Mick
Shaughnessy, kapitan Departamentu Policji Gnaw Bone, stojący przy swoim biurku.
Jeff
Jessup, jeden z detektywów Gnaw Bone, stojący przy oknie.
Henry
Gibbons, kapitan Departamentu Policji Carnal, oparty o stół po drugiej stronie
zabałaganionego biura.
Carole
Weatherspoon, kapitan Departamentu Policji Chantelle, stojąca blisko Gibbonsa,
z rękami skrzyżowanymi na piersi.
Kenton
Douglas, szeryf hrabstwa, stał z ramionami opartymi o ścianę.
I
na koniec Chace Keaton, najlepszy przyjaciel Decka od czasów szkolnych i
detektyw Carnal.
To
Chace’a Deck obserwował, gdy zamykał za sobą drzwi, a obserwował Chace’a,
ponieważ dobrze znał tego mężczyznę i nie podobał mu się wyraz jego twarzy.
Ale
to Shaughnessy przemówił pierwszy, zwracając uwagę Decka.
-
Może być niegrzeczne, ale zacznę od tego, że twoja obecność na tym spotkaniu,
mówiąc jasno, nie podoba mi się.
-
Mick - mruknął Chace.
Deck
zignorował swojego przyjaciela i szczerze poinformował Micka
-
Jestem wielkim fanem mówienia cholernie wprost.
-
Dobrze, więc powiem to prościej - ciągnął Mick - Jak omówimy to z tobą, weźmiesz
ten kontrakt jako zastępca Kenta, to nie będziesz działał niezależnie. Chace
zasugerował twoje usługi, więc zajrzałem do ciebie i nic nie znalazłem. Żaden
człowiek nie ma niczego poza w pełni opłaconym gotówką, w pełni opłaconym prywatnie,
kartą kredytową bez salda, uczciwymi podatkami i mnóstwem gotówki w banku.
Denerwuje mnie to.
-
Rozumiem - Deck pozwolił, nie zirytowany sprawdzeniem, bo nie oczekiwałby
niczego mniej, ale nic więcej nie powiedział.
-
Więc zanim z tobą o tym porozmawiamy, musisz wiedzieć, że jeśli się tym
zajmiesz, to robisz to zgodnie z protokołem. Jesteś zastępcą, meldujesz się,
przyjmujesz rozkazy i powtarzam, nie będziesz działał niezależnie – kontynuował
Mick, a Deck wciągnął powietrze.
Potem
stwierdził, że to proste.
-
Rozumiem, że jeśli zechcę się tym zająć i zobaczę, czy to zrobię, moje zwykłe
opłaty będą musiały zostać znacznie obniżone, biorąc pod uwagę, że nie stać was
na opłacenie ich tak, jak ja je pobieram, więc to będzie musiało być czymś, co
naprawdę zechcę zrobić. Masz reputację, którą podziwiam, Shaughnessy, więc mam
nadzieję, że się nie obrazisz, ale ja nie słucham rozkazów. Pracuję nad sprawą
tak, jak czuję, że trzeba ją załatwić. Zgłaszam to, co uważam za konieczne. I
na koniec, działam wyłącznie niezależnie.
Mick
spojrzał na pokój i oznajmił - To nie jest dobry początek.
-
Dlaczego nie rozłożymy tego, zobaczymy, co myśli Deck i załatwimy inne gówno,
jeśli to coś, co zechce zrobić? - zasugerował Chace, podchodząc do szerokiej
tablicy ustawionej pod kątem w rogu.
Nikt
nic nie powiedział. Deck usadowił się, ale oczy Chace'a zwróciły się do niego
-
Zobaczysz na tej tablicy coś, czego możesz nie lubić, co prawdopodobnie sprawi,
że ostrzeżenia Micka staną się dyskusyjne, ponieważ wyobrażam sobie, że nie
będziesz chciał tej sprawy. Powiedziałbym ci o tym wcześniej, ale gdybym to
zrobił, mógłbyś nie wejść, a, szacunek Mick - Chace spojrzał na Shaughnessy’ego,
zanim spojrzał z powrotem na Decka - z tym, co wydarzyło się kilka dni temu,
potrzebujemy cię.
Po
tych słowach odwrócił tablicę, a oczy Decka przeskanowały ją.
Pół
sekundy później jego ciało zastygło w bezruchu.
Stało
się tak, ponieważ w górnej części tablicy znajdowało się zdjęcie mężczyzny,
którego właśnie spotkał na ulicy, a jego imię zostało napisane czerwonym
markerem pod zdjęciem, ze słowem „Szef” pod imieniem.
Z
jego zdjęcia wychodziły różne czerwone, czarne i niebieskie linie, które
prowadziły do mniejszych zdjęć z imionami i innymi informacjami. I na koniec,
powodem, dla którego wiedział, że Chace wiedział, że Deckowi nie spodoba się
to, co zobaczył, była niebieska linia, która prowadziła od zdjęcia McFarlanda
do prawego dolnego rogu, gdzie były dwa zdjęcia.
Jedno,
kolorowe ujęcie McFarlanda i Emme całujących się z boku jego odpicowanego pickupa.
To obok, czarno-białe ujęcie Emme idącej promenadą, z głową odwróconą w bok i
patrzącą na coś. Nosiła inne, ale nie mniej modne okulary na oczach, jej długie
włosy nie były skrępowane przez kapelusz, pokazując, że miała głęboką, gęstą,
seksowną jak cholera grzywkę, która wisiała jej w oczach, jej ciało było okryte
innymi dżinsami, płaszczem i butami, ale jej strój był nie mniej stylowy. Jej
usta się uśmiechały, dołeczek był widoczny.
Pod
zdjęciem było napisane „Emmanuelle Holmes”. Pod tym „Dziewczyna / Kochanka”.
Pod nim było napisane „Partnerka?”
Dzięki
praktyce i dedukcji, Deck wiedział, że czarne linie były definitywnymi
sojuszami, które zespół potwierdził. Czerwone linie były gorące, porucznicy lub
ci z kartotekami, możliwe słabe ogniwa. A błękitni byli niepotwierdzonymi
członkami załogi.
-
Nie wygląda na to, ale to Emme, stary - powiedział cicho Chace, a Deck oderwał
oczy od zdjęcia Emme i spojrzał na Chace’a - Zobaczyłem nazwisko. Nie mogłem w
to uwierzyć, dopóki nie pokazali mi jej tropu. Wszystko pasuje. To ona.
Całkowicie zmieniona.
-
Widziałem ją na zewnątrz, właśnie teraz, z nim - powiedział Deck, obserwował,
jak Chace mruga i skinął głową w stronę górnej części tablicy. Następnie
oświadczył - On nie jest szefem. Ona nie jest partnerem.
-
A więc masz historię z Emmanuelle Holmes – stwierdziła Carole, ale to było
pytanie i Deck spojrzał na nią.
Shaughnessy
prowadził swoich ludzi po swojemu i mówiło się, że traktował swoją pracę
poważnie, ale nie przejmował się, jeśli oni przychodzili na luzie. Nawet oficerowie
u niego nie nosili mundurów.
Nosili
dżinsy i jasnobrązowe koszule z odznakami, ale to było wszystko, co musieli.
Gibbons
podchodził do pracy w głównie w taki sam sposób, jego dwaj detektywi ubrani
byli tak, jak chcieli. Oficerowie nosili jednak mundury.
Weatherspoon,
który nadzorował Chantelle, miasto z większą ilością pieniędzy, które znajdowało
się na szczycie tej trójcy, w którym było z Gnaw Bone (drugie miejsce, było
miastem, które w dużym stopniu zależało od handlu turystycznego i traktowało to
poważnie) i Carnal (nawet nie blisko, był to raj dla motocyklistów, głównie z
niebieskimi kołnierzykami, zdecydowanie bardziej szorstkie). Była w pełnym
mundurze. Jej funkcjonariusze nosili pełne mundury. Jej detektywi nosili
garnitury lub sportowe kurtki i spodnie. Jej elitarni obywatele nie
oczekiwaliby niczego mniej.
Spojrzenie
Decka przeniosło się na Kentona Douglasa.
Ten
mężczyzna był dziką kartą. Niedawno wybrany na szeryfa, pojawił się znikąd,
młody, atrakcyjny, Afroamerykanin, w Departamencie Szeryfa był dopiero od
dziesięciu lat, a zrównał z ziemią swojego przeciwnika, który zajmował to
miejsce przez dwadzieścia pięć lat.
Stary
szeryf go trzymał również, podczas gdy seryjny morderca polował na jego terenie,
a komendant policji w jego hrabstwie ubrudził się tak bardzo, że był wstrętny.
Hrabstwo
było gotowe na zmiany. Douglas był na tyle sprytny, że wiedział, że nadszedł
czas i wśliznął się przytłaczającą większością głosów.
Potem
wprowadził gruntowne zmiany.
A
jedną z tych zmian było zdjęcie z szeryfów mundurów i potraktowanie ich jak
Mick. Brązowe koszule. Odznaki na paskach. Spodnie jeansowe. Buty.
To
był sprytny ruch. Jego hrabstwo było hrabstwem wiejskim, górskim. Jego
mieszkańcy lubili spokój i swojskość, ale bali się po tym wszystkim, co się
wydarzyło i wielu z nich nauczyło się nie ufać policji. Łatwiej jest zaufać
odznace w dżinsach i butach niż w pełnym rynsztunku.
Był
nie tylko sprytny, ale subtelny. I jak dotąd odnoszący sukces.
Zmiana
nie była łatwa i nie była łatwa do zaakceptowania.
Douglas
przedarł się, nie wziął oddechu i ciągnął dalej.
Deck
nie wiedział, co o nim myśleć. Był przystojny. Był zręczny. Był ujmujący. Był
bystry.
I
miał jaja. Więc Deck skłaniał się ku podziwowi.
-
To stara przyjaciółka - Deck odpowiedział na pytanie Carole o Emme.
-
Jakiego rodzaju stara przyjaciółka? - zapytała, a Deck stłumił irytację, że
przechodzi przez to ponownie.
-
Najlepsza przyjaciółka mojej eks – odpowiedział - Takiego rodzaju stara
przyjaciółka.
-
Skąd wiesz, że nie jest zamieszana? – zapytał Jeff i Deck spojrzał na niego.
-
Znam Emmę. Nie zrobiłaby tego gówna – stwierdził Deck.
I
nie zrobiła tego. Wiedział, co się dzieje. Całe hrabstwo wiedziało. To było
okropne gówno, które cztery dni temu pogorszyło się znacznie gorzej. Z całym
tym gównem, które wydarzyło się w tym hrabstwie w ciągu ostatnich kilku lat,
chcieli to stłumić w zarodku i chcieli tego trzy miesiące temu.
Problem
polegał na tym, że mieli do tego wielowydziałową grupę zadaniową i wciąż
wszystko, co znajdowali było do wypieprzenia.
To
dlatego Chace zaproponował Decka. Deck znalazłby wszystko, czego potrzebowali,
aby to zakończyć i nie opieprzałby się, by tego szukać.
-
Jak dobrze znasz Emme, synu? - zapytał Henry, a oczy Decka powędrowały do szefa
Chace’a.
-
Dobrze - odpowiedział.
-
Spędzają razem dużo czasu - zauważył Jeff - Holmes i McFarland.
-
Jest jego dziewczyną. To może być - powiedział mu Deck- Ale to gówno? - potrząsnął głową - Nie ma
mowy.
-
Czasami - zaczął Chace ostrożnym tonem - dziewczyny takie jak ona, dziewczyny
takie jak ona kiedyś, które zmieniają się w dziewczyny, takie jak ona teraz, przyciągają
uwagę faceta, tak dobrze wyglądającego faceta, i mogą wybrać…
Deck
go odciął - Chace, znasz Emme. Wiesz, że to bzdura. Zawsze znała swój własny
umysł. I zawsze była spoko. Nawet jeśli nie była powalająca, nie była taką
osobą.
-
Minęły lata, Deck - przypomniał mu Chace. - Wiele lat. Ludzie się zmieniają i
żadne z nas nie przegapiło tego, że ona zmieniła się w wielkim stylu.
-
Tak, i właśnie spotkałem ją na ulicy. Dzisiaj jem z nią kolację i ona wygląda
dobrze, stary, ale zachowuje się tak samo. A jej facet jest kutasem, ale jest
też kretynem. Więc nie jest szefem - oświadczył Deck i spojrzał na Shaughnessy -
A ty właśnie zdobyłeś indywidualistę.
Nastrój
w pokoju zmienił się. Był czujny. Teraz niósł ulgę.
Shaughnessy
był jedynym, który nie chciał, żeby Deck wkroczył.
Reszta
z nich, po tym wszystkim, co widzieli przez ostatnie kilka lat, chciała to
zrobić i byli gotowi podjąć ryzyko, aby to osiągnąć.
-
Wspaniale - mruknął Shaughnessy, kiedy jego oczy wędrowały po pokoju.
-
Decker, trzeba to przedyskutować – stwierdził Douglas, a Deck spojrzał na
niego.
-
Jak chcesz mnie w zespole, rozmawiamy o pieniądzach. Dam wam zniżkę, widząc to
gówno posortowane. Potrzebuję pełnego wprowadzenia. Chcę wszystkie akta. Nie
przyjmę rozkazów. Będę wiedział, co robię i co znajduję. Ale mówię tylko, ta
kobieta coś dla mnie znaczy - Wyciągnął rękę w stronę tablicy - Więc nawet
jeśli nie dołączysz mnie do zespołu i nie zapłacisz mi, nadal będę ją widział z
dala od tego gówna.
-
Nie możesz jej powiedzieć, że prowadzimy śledztwo w sprawie jej chłopaka -
powiedziała szybko Carole.
-
To nie jest moje pierwsze rodeo - odparł natychmiast Deck - Cokolwiek by się
nie działo, nie spieprzyłbym waszego śledztwa. Ale ona nadal jest czysta i będzie
czysta w nie dłużej niż tydzień. Nie miesiące. Nie tak długo, jak zajmie wam
namierzenie tej załogi, po sposobie, w jaki idziecie i zatrzymujecie ich gówno.
-
W ramach kontraktu z tą grupą zadaniową nie możesz angażować się w nielegalne
działania. Nie możemy ścigać za pomocą owoców z trującego drzewa - powiedział
mu Douglas.
-
Znowu nie moje pierwsze rodeo - odparł Deck.
-
Masz załogę, czy pracujesz sam? - spytał Henryk.
-
Do tego sprowadzę moją załogę - odpowiedział Deck.
-
Wszyscy będą musieli się ze mną spotkać - stwierdził Douglas - Jak umowa będzie
podpisana, wszyscy pracujecie dla mojego działu, dopóki sprawa nie zostanie
zakończona.
Deck
skinął głową i spojrzał na Chace’a - Chcę usunięcia zdjęć z tej tablicy, chcę akta.
-
Deck, nie jestem pewien, czy to dobry pomysł. Masz konflikt interesów z tym…
Deck
ponownie odciął Chace’owi - To jest Emme.
-
Wiem, że to Emme - odparł Chace, zaniepokojony Deckiem i tracąc z tego powodu
cierpliwość - Do tej pory nie miałem pojęcia, że zareagujesz tak, jak
zareagowałeś, gdy zobaczyłeś, że to Emme. Więc Emme jest przeklętym konfliktem interesów.
-
Znasz ją - szepnął Deck, również tracąc cierpliwość, i obserwował twarz
przyjaciela. Zdecydowana troska, ale i niezdecydowanie.
Znał
Emmę.
Chace
przeszedł z Akademii do Departamentu Policji Carnal i został tam, ale to nie
znaczyło, że Deck nie spędzał czasu z Chace’m podczas wszystkich podróży Decka.
Chace poznał Elsbeth. Chace spędzał z nią czas. A z Elsbeth przyszła Emme. Więc
Chace też spędzał czas z Emme.
-
Jej zmiana jest niezwykła, Deck - ponownie zauważył Chace - To coś, co należy
wziąć pod uwagę.
Na
te słowa, Deck poczuł, jak duch jej palców wbija się w jego ramię przez kurtkę.
Zobaczył dołek. Słyszał, jak nazywała go Słonko.
I
znał jej historię. Elsbeth mu powiedziała. Wiedział, co przeżyła. Wiedział, co
uczyniło ją tym, kim była.
Nie
wiedział, co uczyniło ją tym, kim jest teraz, ale miał się dowiedzieć przy
kolacji.
Wreszcie
wiedział, że Emme nie będzie częścią ekipy, która włamuje się do domów w całym
hrabstwie i rekrutuje do tego uczniów szkół średnich. Nie dla uwagi takich jak
Dane McFarland. Nie dla pieniędzy. Nie dla władzy. Dla niczego.
-
Idzie na pierwszy ogień. Badam ją. Oczyszczę ją. By oczyścić ją z tego gówna -
stwierdził Deck.
-
Pracujesz ze mną - odpowiedział Chace.
-
Jak sobie chcesz. Ale dzisiejsza kolacja z Emme to tylko ona i ja.
Chace
przyglądał mu się.
Deck
wziął go, a następnie spojrzał na Douglasa - Masz dla mnie akta?
-
Dostarczą go do twojego domu o trzeciej trzydzieści - odparł Douglas.
-
Kontrakty zostaną do tego czasu wysłane e-mailem. Moja załoga będzie jutro o
ósmej, by zostać wciągnięta na listę zastępców - odparł Deck.
-
Będziesz z nimi? - zapytał Douglas.
-
Nie przegapiłbym tego gówna za skarby świata - odpowiedział Deck, przecinając
oczy przez ludzi w pokoju, zauważając, że Henry Gibbons wyglądał na
rozbawionego, Mick Shaughnessy wyglądał na zirytowanego, Carole Weatherspoon na
zamyśloną, a Chace nadal na zmartwionego.
Potem
wyszedł z biura, z komisariatu i poszedł do swojego samochodu.
Dziękuję :)
OdpowiedzUsuńDziękuję za pierwszy rozdział :)
OdpowiedzUsuńHistoria wygląda na interesującą. Czekam na kolejny rozdział.
No to zaczynamy nową przygodę :)
OdpowiedzUsuńNo to jazda 😁 dziękuję ❤️ hm mnie ta była intryguje😛
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuje
OdpowiedzUsuńWielkie dzięki, zaczyna się bardzo ciekawie 😁
OdpowiedzUsuńDziękuję 😀
OdpowiedzUsuńDziekuj 💙
OdpowiedzUsuńDziękuję za tłumaczenie. Czekam na całość ;)
OdpowiedzUsuń