piątek, 26 listopada 2021

11 - Daj i bierz (cz.2)

 

Rozdział 11

Daj i bierz (cz.2)

*****

Sześć dni później…

Deck patrzył, jak Emme ześlizguje się po jego klatce piersiowej, jej usta poruszają się po nim, bez języka, tylko wargi, lekko jak piórko, najprostszy szept, odbijający się echem jej włosów, które dryfowały wszędzie.

Przesunęła się w dół i przesunęła ustami po grzbietach jego brzucha.

Te grzbiety się skurczyły.

Jej egzotyczne oczy podniosły się do jego. Był w nich ogień, ale nie cały ten ogień dotyczył tego, co robiła.

Widząc to, wiedząc, co mówi, jego mięśnie brzucha znów się skurczyły, gdy jego klatka piersiowa napięła się.

- Czy mówiłam ci, że cię dzisiaj lubię? - wyszeptała.

- Nie - odszepnął.

- Cóż, lubię cię - ciągle szeptała.

- Ja też cię lubię, kochanie.

Patrzył, jak jej twarz staje się łagodna, gdy się uśmiechnęła, obdarowując go dołeczkiem.

- Chodź tutaj, Emme - rozkazał.

Wsunęła się z powrotem na niego.

Kiedy jej twarz zbliżyła się, wbił rękę w jej włosy, owinął ramieniem jej plecy i przyciągnął jej usta do swoich.

Dała je natychmiast.

Trzymając ich usta połączone, Deck przewrócił ją na plecy.

Potem dał tak dobrze, jak mógł.

I lepiej.

*****

Cztery dni później…

- Nie wierzę ci - warknęła Emme, a w jej oczach błysnął ogień.

Deck przełknął śmiech i powiedział - Mała.

Położyła ręce na biodrach - Mała? Mała? To twoja odpowiedź? Mała?

- Jak to jest na odpowiedź? Mała, po prostu się mylisz - powiedział jej.

- Nie mogę się mylić co do opinii - powiedziała mu.

- Możesz, kiedy nie wiesz, o czym mówisz - odpalił.

Wyrzuciła ręce, prawie wbijając jedną w jej ohydną lodówkę.

Buford, leżąc na wyblakłym linoleum w kuchni Emme, podniósł głowę ze swoich łap, spojrzał na jej wzburzone ruchy, po czym opuścił głowę z powrotem na łapy, przyzwyczajając się do tego, ponieważ to była Emme.

A Emme, będąc Emmą, szła dalej.

- Przepisy dotyczące kontroli broni są zbyt pobłażliwe.

- Masz pistolet? - zapytał.

- Nie muszę wiedzieć, że to prawda - odpowiedziała.

- Mam siedem.

Jej oczy zrobiły się ogromne.

Urocze.

Przepłynął przez jej urok i mówił dalej.

- Z powodu bandy dupków nie możesz odebrać komuś prawa do posiadania pistoletu. Albo siedmiu.

- To szaleństwo - odetchnęła.

- Dlaczego? - zapytał.

- Kto potrzebuje siedmiu pistoletów?

- Ja potrzebuję.

- Dlaczego? - to było wysokie.

- Pracuję nimi i lubię z nich strzelać.

 -Nie możesz strzelać tylko z jednego? - zapytała.

- Nie, jeśli nie muszę lub nie chcę i na szczęście, z prawami takimi, jakie są, nie muszę, więc dostaję to, czego chcę.

- Źli ludzie chwytają broń, Jacob - zauważyła.

- I zrobiliby to, nawet gdyby była nielegalna, Emme. Ludzie dostają narkotyki w swoje ręce, nie mają problemu z robieniem tego, niektóre z nich zamawiają nawet przez Internet i są nielegalne.

- I na tym polega problem. Broń powinna być nielegalna, ale narkotyki powinny być legalne.

Deck wpatrywał się w nią zdumiony tym oświadczeniem, zanim opuścił głowę i spojrzał na swoje buty.

- Alkohol jest legalny - poinformowała jego pochyloną głowę - Nie rozumiem, dlaczego narkotyki nie są. I pomyśl o wszystkich pieniądzach, które mielibyśmy na bezpłatną opiekę medyczną, gdybyśmy mogli opodatkować sprzedaż narkotyków i przestać wydawać ogromne kwoty podatków na walkę z narkotykami.

Podniósł głowę i błagał - Proszę, czy nie możemy rozmawiać o bezpłatnej opiece medycznej? Lubię cię teraz i chcę cię pieprzyć później. Nie mam nic przeciwko pieprzeniu kobiety, której nie lubię, zwłaszcza jeśli wygląda jak ty, ale to fajniejsze jest pieprzenie tej, którą lubię.

Nie słuchała i wiedział o tym, bo nie odpaliła, ale także dlatego, że jej zmrużone oczy były skierowane na kuchenkę.

- Czy ten palnik nie powinien być czerwony? - zapytała, a Deck spojrzał na jej rozklekotaną, brzydką kuchenkę.

Potem do niej przeszedł.

Ostrożnie dotknął ścianki garnka, w którym powinna być ciepła woda, aby ugotować młode ziemniaki.

Lodowata.

Następnie przyłożył rękę do drzwiczek piekarnika, gdzie leżała wciąż bardzo surowa polędwica wołowa.

- Kurwa - uciął i poczuł, że Emme zbliża się do niego.

- Czy ją straciliśmy? - zapytała, a on spojrzał na swoją dziewczynę.

- Myślę, że oddała ducha, Słonko.

Emme położyła rękę na krawędzi kuchenki i mruknęła - Miała dobrą passę, kiedy pozwalała Alice gotować te wszystkie posiłki dla Grega, Marci, Jana, Petera, Bobby’ego i Cindy[1].

Z chichotem Deck odpowiedział - Tak, miała. Chociaż żałuję, że nie ciągnęła jej, kiedy włożyłem jej do brzucha kawałek mięsa za czterdzieści dolarów.

Poderwała głowę. – Ta pieczeń kosztowała czterdzieści dolarów?

- Tak.

Otworzyła usta.

Deck upuścił do nich swoje i otarł się o nie, a skoro były otwarte, skorzystał z okazji, by pogłaskać jej język swoim własnym.

Podniósł głowę i zapytał - Czy myślisz, że twój telefon będzie działał wystarczająco długo, by zamówić pizzę?

Zdumienie zniknęło z jej twarzy, gdy zastąpiła ją energie.

- Nie ma nic złego w moim telefonie, Jacob. Albo moim telefonie komórkowym. Albo twoim, jeśli o to chodzi.

- Dobrze, w takim razie zabierz swój tyłek do jednego z nich i zamów pizzę. Dużą. Nie obchodzi mnie, co na niej będzie, tylko nie ananas. I skrzydełka bez kości, co najmniej dwadzieścia. Tak?

Odeszła, mamrocząc - Pójdę po kartę kredytową.

Szybko ją złapał, owijając ramieniem jej szyję i przyciągając ją do swojego ciała tak, że byli przodem do przodu.

Pochylił głowę do jej głowy - Jak weźmiesz swoją kartę kredytową, obiję twój tyłek.

Jej głowa drgnęła i wskazała - Jacob, kupiłeś pieczeń. Zjemy to jutro u ciebie. Ja wezmę pizzę.

- Mała…

Przerwała mu - Oferty na okna były szalone, wszystkie cztery, a ja właśnie straciłam kuchenkę, ale tata mówi, że w tym kwartale dostanę premię, więc mogę sobie pozwolić na pizzę i okna.

Zignorował komentarz o tym, że jej ojciec da jej premię, która akurat była bardzo zbliżona do kwoty kosztu nowych okien, które zostały złożone w ofercie przetargowej od człowieka, któremu ufał, a mianowicie Holdena „Maxa” Maxwella. Max miał być także człowiekiem, który zainstaluje okna Emme, nawet jeśli jego oferta nie była najniższa.

Zamiast tego powtórzył - Jak weźmiesz swoją kartę kredytową, ja obiję twój tyłek.

- Naprawdę Jacob.

Jego ramię zacisnęło się, owinął drugie ramię wokół niej i przysunął twarz bliżej.

- Nie żartuję, Emme. Kiedy narzuciłaś to gówno w meksykańskiej parę tygodni temu, nie podobało mi się to. Są rzeczy, które mężczyzna taki jak ja musi robić, a ty musisz mi na nie pozwolić. Nie płacisz. To nie chodzi o negowanie twojej osoby i twojej umiejętności dbania o siebie. To po prostu coś dla mnie znaczy. Jeśli teraz to popchniesz, przerzucę cię przez kolano i dam klapsa tej twojej słodkiej, okrągłej dupie. Jak zrobisz to w przyszłości, dostaniesz to samo, dopóki tego nie zrozumiesz. Słyszysz?

- Mówisz poważnie? - szepnęła, szyją pchając lekko jego ramię, które pozostało napięte.

- Śmiertelnie - odpowiedział.

- Uderzyłbyś mnie? - jej oczy były duże i przestała ciągnąć za jego ramię.

- Dam ci klapsy.

- To bicie mnie, Jacob - powiedziała cicho.

- To dawanie ci klapsów, kochanie, a kiedy to zrobię, twoja dupa będzie naga i skończy się to orgazmem, ale skończy się też czerwonym tyłkiem, co mam nadzieję, że nauczy cię nie testować takiego mężczyzny jak ja.

Jej usta rozchyliły się, ale jej ciało lekko wtopiło się w jego.

Pieprzyć go.

Na wpół gadał bzdury, żeby przekazać swój punkt widzenia, na wpół testował wody.

Jej reakcja wskazywała, że wody są ciepłe.

Poczuł, że jego kutas zaczyna mu twardnieć.

- Podoba ci się ten pomysł? - wyszeptał.

- Nie jestem pewna… nie jestem… - wyjąkała, przełknęła i zapytała - Czy to ma skłonić mnie do zrobienia tego, czego ode mnie oczekujesz?

Oznaczało to, że mogłaby specjalnie nie zrobić tego, co on od niej chciał, aby dostać lanie.

Podobał jej się ten pomysł.

- Nagrody mogą być słodsze, jeśli się z tym zgadzasz - powiedział jej.

- Miej litość - szepnęła, a on się uśmiechnął.

- W pewnym sensie już je dostajesz, kochanie, ale jak chcesz przygody, zajmiemy się nią.

Jej ciało stopiło się głębiej i powtórzyła - Miej litość.

Kurewsko słodka.

Tak słodka, że musiał zgiąć szyję i wziąć jej usta.

Roztopiła się całkowicie w jego ramionach, owinęła swoje wokół jego szyi, żeby go przytrzymać i mu pozwolić.

Uniósł głowę i patrzył, jak powoli otwiera oczy.

Kiedy odsunął twarz na kilka centymetrów, stwierdziła - Krystal Briggs powiedziała, że nie powinnam zostać twoją niewolnicą seksualną.

- Krystal Briggs nie będzie dochodziła tak ciężko ani tak często, jak cię będę doprowadzał dziś wieczorem, Słonko, więc weźmiesz swój telefon i moją kartę kredytową.

Jej głowa przechyliła się na bok i zapytała z zaciekawieniem, ale z wahaniem - Więc tego rodzaju sprawa polega na tym, że ja mam być przeciwko tobie?

- Nie, tego rodzaju rzeczy polegają na dawaniu ci dobrych rzeczy, które naprawdę będziesz cholernie lubić. Ta sprawa z kartą kredytową polega na tym, że mówię ci, że to dla mnie ważne, a ty mi to dajesz. Nie wymagam wiele.

- Również zapłaciłeś za moją izolację - przypomniała mu.

- Wytłumaczyłem to wtedy, chcę trzymać cię w cieple i płynności.

Jej ciało lekko się napięło i zaczęła - Jacob, to sprawia, że trochę…

- To dla mnie ważne, Emme - przerwał  - Ważne jest dla mnie również, żebyś miała nową kuchnię, ale nie widzisz, jak wyrywam starą, aby dać ci ją wbrew twoim życzeniom, ponieważ wiem, że wyskoczyłem z izolacją. Pchnąłem to, ustąpiłaś, ale to twój dom i muszę być na tyle sprytny, by wiedzieć, kiedy przestać naciskać. Izolacja była priorytetem. Nie masz kuchenki, ale masz mężczyznę, który ja ma, co nie jest teraz tak wielkim problemem, jak zwykle. To jest dawanie i branie, miedzy nami. Musisz nauczyć się pozwalać mi dawać, więc to oznacza, że musisz nauczyć się brać.

- A kiedy ja daję, a ty bierzesz?

- Każdego dnia, czasem więcej niż raz, kiedy mówisz mi, że naprawdę mnie lubisz, kiedy masz na myśli coś innego i wiem, że moja przyszłość obejmuje słuchanie, jak wracasz do domu i mówisz „hej, pieseczku” do Buforda.

To dało mu jej łagodne spojrzenie, a jej oczy zapłonęły w ten sposób, że cholernie bardzo to lubił, ale jeszcze nie skończył.

- Z tego powodu po raz pierwszy od dłuższego czasu ta przyszłość rysuje się w jasnych barwach. Nie tylko ty byłaś samotna, Emme, mając nadzieję, że pojawi się ten właściwy, abyś nie wracała do pustego domu i nie wspinała się do pustego łóżka. Więc dajesz każdego pieprzonego dnia, a to, co ty dajesz, ja lubię brać.

Jej ciało ponownie wtopiło się w jego i zapytała - Byłeś samotny?

- Widziałem, jak mój chłopak zakochuje się w dobrej kobiecie, obserwowałem, jak ona mu to odwzajemnia. To piękna rzecz, Słonko. Nie wiesz, co tracisz, dopóki tego nie zdobędziesz lub nie zobaczysz, że ktoś ma to, czego chcesz. Kiedy Chace to dostał, wiedziałem, czego mi brakuje.

Spojrzała mu w oczy, po czym opuściła czoło na jego klatkę piersiową, ale niemal natychmiast odchyliła głowę do tyłu.

- Pizza, rachunki z restauracji czy barów, są twoje - oznajmiła - Wielkie rzeczy, dyskutujemy, ale będę pamiętała, że jesteś ochronnym uber-alfą, o ile ty będziesz pamiętał, że przez jakiś czas dbałam sama o siebie i byłam do tego przyzwyczajona. - Zatrzymała się, a potem ciszej - A dawanie klapsów i przenoszenie tego na wyższy poziom, tak żebyś wiedział, jestem gotowa do odkrywania.

Tak. Pieprzone tak.

Emmanuelle Holmes miała to wszystko.

Jego ramiona zacisnęły się wokół niej i wymamrotał - Umowa.

Wspięła się i dotknęła ustami jego ust.

Kiedy się cofnęła, zapytała - Czy posortujesz rzeczy na kuchence, kiedy ja zadzwonię po pizzę?

- Tak.

Uśmiechnęła się do niego i uścisnęła. Wrócił oba i puścił ją.

Uniosła rękę między nich i powiedziała - Karta kredytowa.

Wyjął ją, dał jej, złapał ją ręką za szyję i przyciągnął do siebie na szybki, mocny pocałunek.

Kiedy pozwolił jej odejść, zobaczył jej dołeczek.

Potem mógł oglądać jej tyłek w obcisłych dżinsach, gdy odchodziła.

*****

Trzy godziny później…

Emme leżała na nim, z twarzą na jego szyi, kolanami na łóżku po obu jego stronach, okrakiem na nim, z klatką piersiową przyciśniętą do jego, zwieszona całym ciężarem.

Przesunął dłońmi po rozgrzanej, miękkiej skórze jej nagiego tyłka i wyszeptał - Obolała, kochanie?

Wymamrotała - Mm… - i zasnęła w trakcie mamrotania.

Całkowicie odleciała.

Deck uśmiechnął się do sufitu i objął ją ramionami.

Dość powiedzieć, że Emme zrobiła krok na wyższy poziom.

W wielkim stylu.

Tak.

Absolutnie.

Jego dziewczyna miała to wszystko.

*****

Pięć dni później…

Ramię Emme zacisnęło się wokół jego brzucha.

- Mm… nie, Słonko, poczytaj tutaj. Mogę spać ze światłem.

Jej słowa były stłumione, ponieważ jej twarz była w większości wciśnięta w jego pierś. Po prostu poczuła, że robi ruch, by wstać z łóżka.

Lubiła, kiedy trzymał się blisko.

Lubił dawać jej różne opcje.

- Jesteś pewna? - zapytał

Nie odpowiedziała. Odpadła.

Ostrożnie przesunął się, włączył światło na jej nocnej szafce i spojrzał na nią. Nawet nie drgnęła.

Wziął książkę z szafki nocnej, przesunął w górę wezgłowie i zabrał ją ze sobą.

Nie poruszyła się ani nie wydała dźwięku.

Jedną ręką Deck otworzył książkę, a drugą ręką obejmował Emme.

Buford wstał, okrążył łóżko, a następnie opadł na nie wzdłuż, z czterema nogami rozłożonymi, a jego jęk zabrzmiał dopiero po tym, jak się usadowił.

Deck obserwował to i uśmiechnął się.

Wrócił wzrokiem do książki i poczuł zapach truskawek, więc spojrzał na włosy Emme na całej jego klatce piersiowej. Jej ciało było ciepłe, nogi splątane z jego nogami, ręka wciąż spoczywała na jego brzuchu.

Spojrzał na swojego psa zabierającego większość łóżka, a następnie na swoją dziewczynę.

Nawet gdy krew w jego żyłach nagrzewała się, coś ciepłego osiadło głęboko w jego jelitach.

Tym razem nie miał tego przegapić.

Tym razem wiedział dokładnie, co to było.

To dlatego, że wiedział, że nie miał w tym całkowitej racji.

Jego dziewczyna miała to wszystko.

A teraz on też.


 



[1] Alice… -  Bohaterowie The Brady Bunch klasycznej komedii sytuacyjnej z 1969 r.

4 komentarze: