niedziela, 5 grudnia 2021

18 - Więcej sypialni

 

Rozdział 18

Więcej sypialni   

 

 

 

Trzy tygodnie  później…

Deck pracował na swoim komputerze w domu i zapatrzył się w monitor.

Był blisko czegoś w sprawie włamań. Tylko nie mógł wyczuć, o co chodzi.

Ich tajemniczy mężczyzna, który spotkał się z McFarlandem kilka miesięcy temu, mężczyzna o imieniu Jon Prosky, nie wrócił z wizyty u swojej mamy, która była chora na SM. Teraz stracił przez to pracę, ale był na bieżąco ze wszystkimi płatnościami na kredyt hipoteczny, karty kredytowe i media.

Czerwoną flagą było to, że płacił z konta na nazwisko swojej matki. Konta, na którym znajdowały się duże kwoty, dokonane w ten sposób dzięki depozytom gotówkowym dokonanym stosunkowo niedawno.

Gdyby ta gotówka mogła być powiązana z napadami w hrabstwie, mieliby go. Ale kiedy odwiedzili go lokalni policjanci w Denver, rzucił ich na ślad „przyjaciół i rodziny”, którzy dawali prezenty pieniężne, aby pomóc w opiece nad matką.

Ślepy zaułek.

I była jeszcze jedna czerwona flaga. Zapytany przez policję w Denver Prosky stwierdził, że nie przypomina sobie spotkania z McFarlandem tamtej nocy. Kiedy pokazano zdjęcia z monitoringu, które zrobił Chace, były ciemne, ale wyraźnie pokazały, że jego pickup tam jest, nawet jeśli zdjęcia były niewyraźne, on powiedział, że pożyczył swój samochód facetowi z pracy.

Pociągnęli to. Mężczyzna, który rzekomo go pożyczył, powiedział, że to nieprawda, ale nie miał nikogo, kto mógłby potwierdzić, że nie spotkał się z McFarlandem. Prosky uzasadniał swoją historię, mówiąc, że prawdopodobnie jego współpracownik jeździł w tym czasie do pracy, bo jego wóz był w warsztacie.

Słowo jednego człowieka przeciwko drugiemu.

Kolejny ślepy zaułek.

Deck dalej nie mógł znaleźć żadnych powiązań, poza rzekomym spotkaniem Prosky’ego z McFarlandem. Nie pracował z nikim z załogi, która została oznaczona. Nie chodził z żadnym z nich do szkoły. Nie miał kartoteki, więc nie dzielił celi z dilerem. Nigdzie nie widziano go w towarzystwie żadnego z nich. I nie miał żadnych zapisów telefonicznych, które łączyłyby go z którąkolwiek z ekipy. Nie miał też żony ani krewnego, który byłby z którymkolwiek z nich związany.

Kolejny ślepy zaułek.

Ale Deck pojechał do Denver w różnych sprawach, a część z nich polegała na tym, żeby spędzać czas na obserwowaniu go.

McFarland nie był szefem. Dealer, którego związali z tą załogą, mógłby być.

Ten facet miał to, czego potrzeba.

Na zdjęciach nic nie było widać, ale był przyzwoicie wyglądającym facetem, wysokim i stosunkowo dobrze zbudowanym.

Osobiście był przekonujący. Często błysnął łatwym uśmiechem. Otwarte zachowanie, które ukrywało coś, o czym ktoś, kto nie miał wystarczająco dużo doświadczenia, nie zwracał bacznej uwagi lub uczeń szkoły średniej, nie wiedziałby.

To było to, że jego zachowanie i uśmiech były powierzchowne. Jego uśmiech nie docierał do jego oczu, jego zachowanie nie ujawniało otwarcie, że każdy jego ruch sprawiał, że wyglądał, jakby coś chronił.

Był także patologicznie towarzyski, jak oszust szukający kolejnego celu. Kiedy Deck podążał za nim, obserwował, jak Prosky zaprzyjaźnia się ze wszystkimi, z którymi miał kontakt, od pracownika stacji benzynowej, przez kelnerkę w kawiarni, po spotkanie w rekordowym czasie z kobietą w barze tak daleko poza jego ligą, że wynik był wręcz mrożący krew w żyłach.

Ale nie mając nic, co mogłoby stanowić powiązania z nim, Deck nie miał kierunku, w jakim mógłby poprowadzić śledztwo.

Szukał więc każdego znanego współpracownika tego tajemniczego człowieka. Szefa, współpracowników, krewnych, przyjaciół, a zwłaszcza tych przyjaciół, którzy „podarowali” jego matce pieniądze na opiekę.

Problem polegał na tym, że instynkt Decka podpowiadał mu, że kluczem do złamania tego są dzieciaki. Jednak nie mieli nic na dzieci i nie mogli ich przepytywać ani podążać za nimi.

Klikając na raporty kredytowe, strony na Facebooku i każdy inny wątek, który mógł wybrać przez ostatnie dwie godziny, poczuł ulgę, gdy zadzwoniła jego komórka na biurku.

Wyświetlacz powiedział „Emmanuelle dzwoni”.

Odebrał.

- Potrzebujesz podwózki? - zapytał, wiedząc, że to wezwanie oznaczało, że jego czyściec w komputerowym piekle się kończy, co z kolei oznaczało, że kąciki ust Decka wykrzywiły się ku górze.

- Tak, kochanie - odpowiedziała.

- Mam przyprowadzić Buforda?

- Tak - powtórzyła.

- Będę tam za dwadzieścia, dwadzieścia pięć.

- Okej, Jacob.

- Później, kotku.

- Pa, Słonko.

Odłożył słuchawkę i skupił się na wyłączeniu komputera.

Emme była w Psie, barze w Gnaw Bone. Noc Wyjścia Dziewcząt z Niną, Krys, Lauren, Lexie, Faye i Zarą.

To był trzeci raz, kiedy wychodziły od czasu jej przełomu. Deck był jej transportem do domu, choć prawdopodobnie nie była pijana. Zauważył, że Emme nie traciła w ten sposób kontroli. Ani kiedyś, ani teraz. Ale mogła być podchmielona.

Noce Wyjścia Dziewcząt odbywały się, ponieważ Deck rozmawiał z Chace’m. Chace rozmawiał potem z Faye. Faye zrobiła swoje z dziewczynami i dziewczyny włączyły się. Potem Deck rozmawiał z Emme.

Łączenie. Noc Wyjścia Dziewcząt, raz w tygodniu. Tworzą więzi. Budują życie. Tworzą załogę, która zapewni ci pomoc, poradę, wsparcie, ale przede wszystkim zabawę.

Osiedlaj się.

Znajduj szczęście.

Emme zgodziła się, a nawet zrobiła to z entuzjazmem.

Więc teraz była poza domem z jednymi z najlepszych kobiet, jakie kiedykolwiek spotkał.

Wszystko dobrze.

Dziś wieczorem Pies był na rotacji. Ponieważ Krys i Lauren były właścicielkami baru Bubba’s w Carnal, a mężczyzna Zary, Reece, zarządzał Psem w Gnaw Bone, pojawiły się tarcia dotyczące miejsca spotkań kobiet.

Zara zakończyła jakąś sprawę prawną, która teraz uczyniła ją milionerką. Ale Reece nie był typem człowieka, który nie pracowałby na swoje życie. A Zara była typem kobiety, która, będąc nagłą milionerką czy nie, opiekowała się swoim mężczyzną. Najwyraźniej dostawał premię, jeśli sprzedał kupę gorzałki, więc Zara naciskała na Psa.

Krys i Laurie nie były milionerkami, więc naciskały na Bubba’s.

Nina, Lexie i Faye wkroczyły i zasugerowały rotację.

Więc dzisiaj był to Pies.

Jeśli Emme chciała, żeby Deck przyprowadził Buforda, oznaczało to, że jechali potem do jej domu. Ponieważ zarówno Bubba’s, jak i Pies były po drodze z jego domu w Chantelle, oznaczało to, że chciała wkrótce wrócić do domu i być z nim w łóżku.

Emme w łóżku, naga i podchmielona.

Czas iść.

Po wyłączeniu komputera Deck mruknął do Buforda, który leżał na podłodze obok niego - Chodźmy, kolego.

Zrobił to uśmiechając się.

I uśmiechał się przez całą drogę do swojego pickupa.

*****

Półtorej godziny później…

Emme leżała całkowicie na nim, z ugiętymi kolanami, okrakiem na jego biodrach.

Po skończeniu umyła się, przywędrowała z powrotem wciągając majtki i koszulkę, padła na łóżko, co oznaczało padnięcie na Decka, a potem tak po prostu się ułożyła.

Nowa rzecz dla Emme.

Zwykle zasypiali z Emmą przyłożoną do jego boku, z częściami jej ciała owiniętymi wokół niego.

Ale po swoim przełomie nie zdobyła lwiej części Decka.

Po prosto zawłaszczyła Decka.

Nie narzekał. Po tym, jak zasypiała, przesuwał ją na bok. Ale kiedy zasypiała, gładził ją po plecach i włosach, ciesząc się, że ten pokaz jego dziewczyny mówił, że skończyła się rozłączać. Teraz chciała pozostawać w kontakcie, kiedy tylko mogła, tak często, jak tylko mogła, tak długo, jak mogła to mieć.

Więc dawał jej to.

Przesuwając opuszkami palców po jej kręgosłupie, przesuwając palcami drugiej dłoni przez jej włosy, poczuł, jak jej ciało na jego rozluźnia się i wiedział, że była bliska snu.

To oznaczało, że Buford będzie musiał się dostosować. Leżał na boku, plecami przyciśnięty do Decka i Emme.

To była również nowa norma i kiedy to się działo, Buford protestował z połowicznym jękiem, kiedy Deck wsuwał Emme w jego przestrzeń.

Ale dostosowywał się.

Z drugiej strony, pies Decka związał się z jego dziewczyną, a ona zrobiła to samo z jego psem.

Kolejne połączenie.

Deck uśmiechnął się do ciemnego sufitu.

- Nie krzyczałam.

Deck zamrugał, gdy jego ręce znieruchomiały, gdy jej ciche słowa rozległy się w pokoju.

- Co kochanie?

- Nie krzyczałam - powtórzyła sennym i cichym głosem.

Walczył z napięciem się jego ciała.

Z Emme wydarzyło się coś jeszcze.

Chodziła do terapeuty dwa razy w tygodniu, a po sesjach była cicha, zamyślona, a czasem zdystansowana.

To nie trwało długo i szybko wracała do Emme.

Ale zdarzały się też chwile, które nie miały nic wspólnego z jej planem terapii, w czasie których krzywiła się lub ujawniała ból i to z pozoru bez powodu. Te chwile nie zdarzały się, gdy rozmawiali, zamiast oglądać telewizję, jeść lub wylegiwać się i czytać.

Ale kiedy to się stawało, nie dzieliła się.

Deck też nie popychał.

Kiedy poszła na terapię, Deck dokładnie zbadał zespół stresu pourazowego i żaden z tych objawów nie był niezwykły.

Jeśli chodzi o postępowanie ukochanej osoby: cierpliwość, zrozumienie i słuchanie były kluczowe. Jednak po kilku pierwszych spotkaniach i rozmowie z Barrym i Maeve, terapeuta Emme zasugerował terapię rodzinną. Głównym celem było poprowadzenie ich wszystkich w lepsze miejsce, ponieważ najwyraźniej Emme miała poczucie winy za to, że jej rodzice nadal radzili sobie z traumą.

Barry i Maeve zgodzili się. Zaczynali w przyszłym tygodniu.

Ale teraz najwyraźniej nadszedł czas, by podzieliła się tym, co miała na myśli, czego nie robiła w żaden prawdziwy sposób od trzech tygodni. A Deck musiał być cierpliwy, wyrozumiały i słuchać.

Problem polegał na tym, że nie wiedział, jakim jeszcze powinien być. A jeśli nadszedł czas, żeby się podzieliła, musiał być takim, jakim go potrzebowała.

- Nie krzyczałaś - ponaglił cicho, gdy nie powiedziała nic więcej.

- Kiedy Harvey mnie zabierał - stwierdziła i przestała mówić.

Deck zamknął oczy.

Następnie otworzył je i odpowiedział zachęcająco - Okej.

Leżeli tam w ciemności, jego dziewczyna była tak blisko, jak tylko mogła, z policzkiem wciśniętym w środek jego klatki piersiowej, z twarzą zwróconą do okna.

Nie poruszyła się ani nie odezwała.

Potem poczuł, jej ciężkie westchnienie i powiedziała - Gdybym krzyczała, walczyła i krzyczała, nauczyciel by to usłyszał. Albo ktoś by to zobaczył. Ktoś by coś zrobił i nigdy by się to nie wydarzyło. Mogłabym to powstrzymać, gdybym tylko krzyknęła.

Deck zajęło dużo siły wewnętrznej, żeby nie przerywać jej, pozwolić zwerbalizować jej uczucia i nie próbować uciszyć poczucia winy.

Osiągnął to, a kiedy zamilkła, powiedział - Wiesz, że był na skraju załamania.

Kolejne westchnienie - Wiem.

- Czasami - zaczął ostrożnie - …w pewnych sytuacjach dobrze jest nie walczyć i nie krzyczeć. Mogłoby być gorzej, gdybyś to zrobiła.

- Harvey nigdy by mnie nie skrzywdził.

Zacisnął zęby, żeby uciąć swoją ripostę, zmusił szczękę do rozluźnienia, a kiedy pozbierał się, ponownie wskazał - Kochanie, był na krawędzi. Mężczyźni doprowadzeni do takiego stanu są nieprzewidywalni.

W tym momencie podniosła głowę, położyła ręce na jego klatce piersiowej, a on spojrzał na jej twarz w świetle księżyca.

- Naprawdę - powiedziała cicho - Wiem, że nie jest twoją ulubioną osobą, ale Harvey nigdy by mnie nie skrzywdził.

Deck podniósł rękę, odgarnął jej grzywkę z oczu i założył jej włosy za ucho, pozostawiając dłoń zaciśniętą na jej szyi - Wiem, że to mężczyzna, którego poznałaś. I tym mężczyzną, którego poznałaś, jest Harvey Feldman. Ale człowiek, który cię porwał, nie był człowiekiem, którego znasz. Człowiek, który cię zabrał, z powodu swojej żałoby został zmuszony do skrajnego zachowania. Nie możesz wiedzieć, jak zareagowałby, gdybyś nie zrobiła tego, co ci kazano.

Emme nic nie powiedziała, ale nawet w cieniu widział z jej twarzy, jak pracuje, gdy to przemyślała.

Potem wyszeptała - Powiedział: Jeśli krzykniesz, już nigdy nie zobaczysz swojej matki i ojca.

Kurwa, jak mogła spędzać czas z tym pieprzonym facetem? Może to żałoba, której nie mógł kontrolować, kierowała jego działaniami, ale wciąż spieprzył młodą dziewczynę.

I to spieprzenie zaczęło się od tych słów.

W tym momencie Deck oddałby wszystko, na co pracował, aby móc wymazać te słowa z jej pamięci.

Ale nie miał tej zdolności.

Jedyne, co mógł zrobić, to odpowiedzieć szeptem - Dokonałaś właściwego wyboru, Emme.

- To było… to, co mówię, to to, że to nie był on. Kiedy to powiedział. Groził mi w ten sposób. Myślę, że w głębi duszy wiedział, że zwróci mnie mamie i tacie. Ale powiedział to i powiedział to w sposób, w jaki wiedziałem, że tak właśnie myślał.

- Więc dokonałaś właściwego wyboru - stwierdził Deck.

- Ja powinnam… ja byłam… - Lekko potrząsnęła głową, a potem usłyszał, jak wciąga powietrze przez nos - Szkoda, że nie krzyknęłam.

Uniósł drugą rękę i owinął się wokół jej szyi.

- Każdy, każda osoba na tej Ziemi, która jest w wieku wystarczającym do życia, żałuje. Patrzą wstecz i żałują, że nie zrobili czegoś innego. Nie jesteś w tym sama, Słonko.

- Ale to, czego ja żałuję, że nie zrobiłam inaczej, uratowałoby mamę i tatę od trzy dni terroru, dekady strachu i mężczyznę od spędzenia pięciu lat w więzieniu.

O tak, trzymała się winy.

Kurwa.

Jego palce odruchowo zacisnęły się na jej szyi, zmusił je do rozluźnienia i zauważył - Miałaś dwanaście lat, kiedy wziął cię z placu zabaw. To nie był twój wybór. Twoje wybory ci zostały odebrane. Nie ponosisz winy za to, co stało się w następstwie dla wszystkich zaangażowanych w radzenie sobie z wyborem jednego człowieka.

- Rozumiem to logicznie, Jacob. Ale trudno to poskładać w głowie. Teraz, kiedy śluzy się otworzyły, wciąż na mnie napływa.

- Jak mogę ci pomóc w złożeniu tego w całość? - zapytał natychmiast i patrzył, jak zamyka oczy.

Potem opuściła głowę tak, że jej czoło spoczęło na jego ustach.

To była kolejna rzecz, którą robiła teraz Emme. W sposób, który był niezwykły i słodki, szukała jego uczucia i robiła to, kiedy potrzebowała go, by złagodzić ból, który czuła. Kiedy zobaczył, jak krzywi się bez powodu, podchodziła do niego, obejmowała go ramionami, wspinała się na palcach i przyciskała twarz do jego szyi. Jeśli leniuchowali oglądając telewizję, a na jej twarzy pojawiał się ból, odwracała głowę i przyciskała czoło do jego ust.

I wszystko, co musiał zrobić, to przytulić ją lub pocałować, a odsunęła się lekko, ale nie uciekała, spojrzała na niego, a ból zniknął.

To był prezent, który mu dawała, pozwalając mu usunąć jej ból.

Więc dokładnie to robił. Ruszał, by złagodzić jej ból i całował ją w czoło.

Ale tym razem było inaczej.

Tym razem nie odsunęła się od razu.

Zamiast tego wyszeptała - Wiesz, naprawdę, naprawdę cię lubię.

Uśmiechnął się przy jej skórze i wymamrotał - Tak. Wiem.

Odsunęła się i złapała jego wzrok.

Kolejna zmiana, bo tym razem, nawet w świetle księżyca, widział, że ból zniknął, ale w jej oczy wciąż było wahanie.

- Muszę ci coś powiedzieć - wymamrotała tak cicho, że ledwo ją usłyszał.

- Co kochanie? - zapytał, a ona spojrzała mu w oczy.

Potem oznajmiła ciężkim głosem, który sprawił, że Deck się naprężył - Kłamałam.

- O czym? - zapytał ostrożnie.

- Dawno temu, kiedy po raz pierwszy opowiadałam ci o tym, co stało się z Harveyem. Kłamałam - powiedziała mu.

- Jak skłamałaś?

Wzięła głęboki oddech i wypuściła powietrze, mówiąc - Byłam przerażona. Cały czas jak byłam z nim. Całkowicie przerażona. Od chwili, gdy mi groził, do momentu, kiedy zabrał mnie na komisariat i zobaczyłam rodziców.

Deck nic nie powiedział. To był kolejny przełom.

Cichszy i nie tak przerażający, ale niezwykle ważny i musiał pozwolić jej rozwiązać to w głowie bez jego interwencji.

Kiedy nic nie powiedział, kontynuowała.

- Myślę… patrząc wstecz, myślę, że kiedy byłam z Harveyem, kiedy mnie zabrał, zamknęłam się. Zachowywał się tak dziwnie, że całkowicie mnie to przeraziło. I myślę… myślę…

Urwała, ponownie wyglądając na refleksyjną, zanim wróciła do niego i powiedziała szeptem, który brzmiał jak wyznanie - Myślę, że odszukałam go, kiedy byłam dorosła, bo musiałam wierzyć, że był dobrym facetem, który robił złe rzeczy. Musiałam znaleźć sposób na wymazanie tego strachu, który nosiłam ze sobą przez trzy dni, martwiąc się, co mi zrobi, z tym, jak się zachowywał. Martwiąc się, czy znowu zobaczę moją rodzinę. Skoro wiedziałam, że mama i tata prawdopodobnie szaleli z przerażenia. Wiedziałam, że to wszystko było złe i to bardzo, bardzo złe, ale nie miałam mocy i byłam przerażona. Odszukałam go później, ponieważ zrobił to, co zrobił i dlatego, że zabrał mnie na komisariat. Przekręciłam sobie w głowie, że był dobrym facetem i myślę, że musiałam to urzeczywistnić, starając się wymazać ten strach. Może żeby odzyskać trochę mojej mocy. Ale także, aby dać sobie możliwość zbudowania muru wokół tych wspomnień, aby przestały mnie rozdzierać na strzępy.

Deck miał ochotę wyć z uniesienia, że w końcu odkręciła to w swojej głowie.

Ale tego nie zrobił.

Po prostu uśmiechnął się do niej i wymamrotał - Myślę, że masz rację, kochanie.

- Po prostu okazało się, że był naprawdę dobrym facetem - kontynuowała.

- Tak - odpowiedział.

- Nie powinnam była do niego chodzić - przyznała cicho.

- Nie miej poczucia winy - ostrzegł szybko, ale delikatnie Deck - Mówiłem ci, że pogodził się z tym. Chce, żebyś wyzdrowiała.

Spojrzała mu w oczy i skinęła głową.

Znowu odpłynęła, jej twarz pracowała, zanim wróciła do niego i skupiła się.

- Powiedziały mi - oświadczyła.

Idą teraz gdzie indziej, wiedział o tym. Po prostu nie wiedział, dokąd ona ich zabiera.

- Kto ci co powiedział, kochanie?

- Nina - stwierdziła.

Poczuł, że marszczą mu się brwi. Potem Emme, zawsze rzucając mu wyzwanie w sposób, który lubił, a ostatnio niektóre nie były zbyt zabawne, zrobiła to ponownie. Ale w sposób, którego nie lubił.

Zrobiła to, mówiąc - Wiedzą, co mi się przydarzyło i były ostrożne, kiedy się dzieliły. Ale zapytałam, więc się podzieliły. Powiedziały mi, że Nina została porwana i prawie zastrzelona.

Po jej słowach miał wrażenie, że wiedział, dokąd je zabiera, jego ciało napięło się i nie mógł tego kontrolować. Ale wydawała się tego nie czuć i kontynuowała.

- O Lauren, która została porwana, dźgnięta nożem i uciekała, by ratować swoje życie. O porwaniu i prawie postrzeleniu Lexie. I o porwaniu i pogrzebaniu żywcem Faye.

Przestała mówić i nie wiedząc dokładnie, dokąd to prowadzi, więc nie chcąc robić przypuszczeń, Deck powiedział łagodnie - W porządku, Słonko.

- Pomyślałam, że zapytam ich, bo trochę o tym wiedziałam i ponieważ w pewnym sensie są takie jak ja.

Deck uznał, że to dobrze i zaczął się odprężać.

Miała rację. W pewnym sensie były do niej podobne, chociaż wszystko, co im się wydarzyło stało się, gdy były dorosłe. Ale z opowieści, które słyszał, wszystkie te kobiety potrzebowały minimalnej ilości czasu, aby przystosować się i ruszyć dalej.

Mogą być w stanie pomóc poprowadzić Emme.

- Nie wiem, jak zarabiasz na życie - kontynuowała, zaskakując go - Ale uważam, że może to nieść ze sobą niebezpieczeństwo, a ty możesz mieć wrogów.

Kurwa.

Teraz wiedział, gdzie jest jej głowa.

Kurwa.

- Kochanie…

Jej głos zmienił się całkowicie i drżał, gdy oświadczyła - Nie mogę przez to ponownie przejść, Jacob.

Kurwa.

- Emme…

- Nie chcę… nie sądzę… - wyjąkała, a Deck ją odwrócił.

Kiedy przewrócił ją na plecy, z Deckiem przyszpilającym ją z jednej strony, Buford odsunął się im z drogi z jękiem i kichnięciem.

Ale Deck patrzył tylko na Emme.

- Nie używaj tego, żeby się ode mnie oderwać - szepnął.

Rozpłaszczyła ręce na jego klatce piersiowej i przyznała - Próbuję się nie odsuwać, ale zaczęłam myśleć i się przestraszyłam.

To też było nowe, zupełnie nowe i to było dobre nowe.

- Dobrze - odpowiedział - Nie, że się boisz, ale że zaczęłaś myśleć i dzielisz się tym ze mną.

- Jacob, jeśli… ja… - Potrząsnęła głową na poduszce - To, co stało się z Faye, miało związek z czymś, co dotyczyło Chace’a i…

- Jutro zaczynam wprowadzać system bezpieczeństwa - oznajmił, a ona zamknęła usta - I kotku, nie kłócimy się o to, kto płaci. To będzie na najwyższym poziomie i będzie to kosztować. Więc ja płacę i instaluję.

Jej głos znów drżał, gdy zapytała - Czy to oznacza, że mogę być w niebezpieczeństwie?

Zignorował to i stwierdził - Ponadto wprowadzam oświetlenie zewnętrzne, przód, tył i boki domu. Jasne światła, duży zasięg z czujnikami ruchu. Możesz wybrać urządzenia, aby uzyskać pożądany wygląd, ale ja też za to płacę.

- Jaco…

- A ten budynek gospodarczy, który masz, wygląda, jakby miał być garażem, ale w większości jest ruderą, dostanie nowe okna, nowe drzwi, nowe zamki i nową bramę garażową z pilotem. Chcę, żebyś tam parkowała, bo chcę, aby twój pojazd był bezpieczny, więc potrzebuję bezpieczeństwa tego budynku. Kiedy się wprowadzę, rozwalimy go i zbudujemy większy garaż.

Patrzył, jak mruga, poczuł, jak jej ciało drży lekko pod jego i zapytała - Kiedy się wprowadzisz?

- Tak, kiedy się wprowadzę. Oznacza to, że inwestuję w to, co ostatecznie stanie się moim własnym domem, więc nie możesz znaleźć w tym nic złego.

- Ja… ty… wprowadzasz się do mnie?

- Nie jutro. Nie za tydzień. Chociaż jutro ty wprowadzisz się do mnie. Mam dołączony garaż, system bezpieczeństwa, czujniki ruchu na światłach zewnętrznych i psa. I, właśnie mówię, skupiamy się na pracy przy okablowaniu, abyśmy mogli kupić szczeniaka. Owczarek niemiecki lub rotwailer.

- Kupimy szczeniaka? - zapytała, a potem kontynuowała, zanim zdążył odpowiedzieć - Wprowadzam się do ciebie?

- Dopóki nie skończy się tu praca. Ale teraz zaczniemy szukać psów. Buford cholernie głośno szczeka, ale jego wygląd nie może sprawić, że ktoś go doceni. Tylko zwykły kretyn nie doceniłby owczarka niemieckiego lub rotwailera.

- Okej, ja, hm… cóż, nie jestem pewna, jak do tego doszliśmy - podzieliła się.

- Doszliśmy do tego, bo, prosto, kochanie, każdy kochany przez kogoś, kto robi coś takiego jak ja, albo gówno, jak robi Chace, jeśli robi się ekstremalnie, może być bezbronny.

Usłyszał jej gwałtowny wdech, nie miał pojęcia, czy to, co robi, było właściwe, ale postanowił to zrobić, mając nadzieję, że tak było.

- Ale, po prostu zwróć uwagę na to, że szalone gówno wydarzyło się w tym hrabstwie. Za dużo. Tak bardzo, że to surrealistyczne. Ale Nina, Lexie, nie miały w swoim życiu ani mężczyzny, ani kogoś, kto miałby pracę, która postawiłaby je w takim miejscu. To gówno może się przydarzyć każdemu, kochanie. Nie mieszkałaś tutaj, mieszkałaś w hrabstwie Denver, kiedy ci się to przydarzyło. Nie miałaś też taty, który byłby policjantem lub zrobił coś, co narażałoby cię na niebezpieczeństwo. Ale masz obawy. To ważne obawy. Oznacza to, że zmniejszamy zagrożenia.

Zatrzymał się, by upewnić się, że to dociera do niej w sposób, w jaki miał nadzieję, że docierało. Powoli skinęła głową, więc Deck uznał to za dobry znak i kontynuował.

- Najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić, aby chronić dom, jest posiadanie psa. Dalej, system bezpieczeństwa. Dalej, dobre światła. Ludzie, którzy robią złe rzeczy, nie lubią psów ani świateł, a większość idiotów, którzy są wystarczająco popieprzeni, by robić złe rzeczy, nie jest wystarczająco sprytna, by ominąć system bezpieczeństwa.

- Och - wymamrotała. To było niezobowiązujące, ale wciąż mógł powiedzieć, że dociera do niej. Jej ciało rozluźniało się pod jego, a jej twarz stawała się łagodna w świetle księżyca.

Więc szedł dalej.

- Podnosimy to również, abyś czuła się tutaj dobrze - stwierdził, podnosząc rękę i delikatnie stukając ją w czoło.

- Zajęcia z samoobrony. Nie będziesz ich potrzebować, ale sprawią, że poczujesz, że możesz wiedzieć lepiej, jak poradzić sobie z sytuacją. Nawet jeśli jest to bardzo mało prawdopodobne, taka sytuacja się wydarzy.

- To właściwie dobry pomysł - wyszeptała, a on się uśmiechnął.

Potem jego uśmiech zniknął, przysunął twarz bliżej i powiedział - Choć mnie to wkurza, nie mogę cię ochronić przed złymi rzeczami w życiu, kochanie. To, co możemy zrobić oboje, to być mądrymi, świadomymi i przygotowanymi. Bo ja to wiem. Możesz przekręcić to w głowie jako kolejny powód, by się ode mnie odłączyć, ale nawet nie przebywanie ze mną nie oznacza, że możesz upewnić się, że będziesz bezpieczna. Wiem na pewno, że jesteś ze mną, rozwalę sobie dupę i rozbiję bank, żeby zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby cię tak utrzymać. Tak więc w rzeczywistości bycie ze mną nie czyni cię bardziej podatną na zranienie. To sprawi, że będziesz bezpieczniejsza.

Emme nie odpowiedziała.

Potem, dwie sekundy później, zrobiła to.

A to było uniesienie ręki, by objąć jego szczękę i szepnięcie - Poważnie, Jacob. Bardzo, bardzo cię lubię.

To było walnięte, ale prawie bardziej lubił słyszeć, jak ona to mówi, niż słyszeć, jak mówi mu, że go kocha.

Prawie.

Z drugiej strony, pochodzące od jego Emme, oznaczało to samo.

Wypuścił oddech, a wraz z nim zniknął ucisk, który czuł w brzuchu. Potem opuścił usta do jej ust i dał jej krótki pocałunek.

Kiedy podniósł głowę, zapytała - Wprowadzasz się do mnie?

Jego głowa przekrzywiła się na powtórzenie tematu i jej zdumiony ton, a on odpowiedział - Tak, kochanie. Powiedziałem ci to. Nie jutro czy…

Przerwała mu - A co z twoim domem?

- Jak dojdziemy do tego czasu, sprzedam go.

Tym razem przekrzywiła głowę - Sprzedasz swój dom?

Zmarszczył brwi - Tak.

- Ale czy nie podoba ci się twój dom? To znaczy, to niesamowity dom.

- Tak, Emme, kocham swój dom. Urobiłem sobie dupę dla tego domu. Ale czy kocham ten dom bardziej niż ty tę ruderę?

Czuł jak jej ciało sztywnieje pod jego.

- Nie - odpowiedział, kiedy ona tego nie zrobiła - Więc, kiedy dotrzemy do tego, aby dokonać zmiany, przeprowadzę się tutaj.

Milczała.

Całkowicie.

A potem nie milczała. Ale powiedziała coś, co nie miało sensu.

- Mam więcej sypialni niż ty.

- Tak, masz - zgodził się niepotrzebnie.

- Dzięki temu nasze dzieci będą mogły mieć własne pokoje, nawet jeśli będziemy mieć ich kilkoro. Jakąś czwórkę. Ale, mówiąc tylko, będziemy musieli zachować pokój gościnny na czas wizyty mamy i taty lub Richa i Karli.

Wtedy Deck znieruchomiał.

- Chociaż nie chcę czwórki dzieci, tylko tak powiedziałam - kontynuowała Emme.

Deck nie miał odpowiedzi.

To dlatego, że czuł, jakby jego krew się gotowała, a serce biło tak mocno w jego piersi, że musiała to poczuć.

A Emme mówiła dalej.

- Właściwie myślałam o dwóch. Dziewczynkach.

Deck na to odpowiedział.

- Jedno musi być chłopcem, żebyśmy mu mogli nadać imię po Chace.

- Chace? - zapytała, po czym oświadczyła - Jeśli będziemy mieć chłopca, nadamy mu imię po tacie.

Czy straciła rozum?

- Nie nazwę dzieciaka Barnardem - oświadczył.

- Musimy nadać mu imię po tacie.

- To się nie stanie, Emme.

- Dobra, rozumiem. To nie jest obecnie modne imię, więc może możemy użyć go jako drugiego imienia - poszła na kompromis.

- Kotku, nie - odrzucił jej kompromis.

Jej głos był wyższy, co oznaczało większe zirytowanie, kiedy zapytała - Nawet jako drugie imię?

I wtedy zdał sobie sprawę, że są tam.

Była przerażona. Miała logiczne powody, by się bać.

Podzieliła się. Rozmawiali.

Teraz kłócili się o to, jak nazwać ich przyszłego syna.

Nie ciągnął jej z powrotem, gdy się odpychała.

Rozmawiali o tym, jak nazwać ich przyszłego syna.

Więc Deck nawet nie próbował tego kontrolować, kiedy uniósł ręce, by objąć jej twarz i pochylił głowę tak blisko swojej dziewczyny, że czuł tylko truskawki.

- Ty dajesz dom, w którym wychowujemy nasze dzieci. Ja mogę nazwać naszego syna Chace Richard - wyszeptał grubym głosem.

Jej głos w odpowiedzi był ochrypły, jej ręce przesuwały się w dół jego klatki piersiowej, a następnie obracały się, by połączyć się za jego plecami, odpowiedziała - To naprawdę ma ładne brzmienie.

Przysunął się bliżej i przy jej ustach szepnął - Zdecydowane.

- Tak - odszepnęła.

- Kocham cię, Emme.

- Ja też cię kocham, Jacob.

Kiedy to dostał, wziął jej usta.

Potem dał w zamian.

Minęły kolejne dwie godziny, zanim Emme znów się na nim ułożyła.

A jej głos mówił jasno, że prawie przepadła, kiedy powiedziała sennie - Twój kalejdoskop będzie wyglądał niesamowicie w tym pokoju. Może na kominku.

Nie myliła się. Dobrze by to wyglądało w tym pokoju.

Ale to nie działo się na kominku.

- Czujesz potrzebę, kochanie, możesz postawić go jutro na mojej szafce nocnej.

- Zrobiłabym to, gdybym go miała - odpowiedziała, jej głos cichł z każdym słowem, a potem jej ciężar ciała wciskał się w niego, gdy zasypiała.

Ale całe ciało Decka było mocno napięte.

Z powodu tego, co się działo, nie myślał zbyt wiele o swoim zaginionym kalejdoskopie, który zaginął podczas jego pobytu w Denver. Tym bardziej, że przeczucie mu powiedziało, że wzięła go Emme.

A kiedy o tym myślał, nie poruszał tego, starając się nie kłócić, ponieważ ją kochał i zrozumiał, że była w trudnym miejscu i była tam od lat, ale wkurzało go, że to wzięła.

Nie widział go też nigdzie w jej domu.

Co więcej, przypomniał sobie, że wyglądała na zdezorientowaną, kiedy się kłócili, a on powiedział jej, że chce go odzyskać.

Teraz powiedziała, że go nie ma i nie miała powodu, by kłamać.

A on tego nie przeniósł.

Więc gdzie to, kurwa, było?


 

5 komentarzy:

  1. Dziękuję za rozdział :)
    No nareszcie temat dzieci i ze jest na TAK.
    To teraz czekamy na poszukiwania kalejdoskopu.
    CZekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak się zastanawiam czy ten Reece to nie jest przypadkiem były bohaterki pierwszej książki z serii The Burg. Dziękuję za tłumaczenie 🥰

    OdpowiedzUsuń