Rozdział
10
Przeczucie
(cz.2)
*****
Trzy i pół godziny później…
-
Hej Słonko.
To
było powitanie, które Deck usłyszał od Emme przez telefon, gdy wychodził z sali
sądowej po przesłuchaniach.
-
Jak się mają sprawy? - zapytał.
-
Tata obcuje z mężczyznami, opowiada dowcipy i ogólnie jest normalnym
niesamowitym sobą. Cieszy się, że jesteśmy nad kreską i tym, jak bardzo nad
kreską jesteśmy. Jest zachwycony, że mam nową izolację. Jest rozczarowany, że
nie odstawiłeś mnie do pracy, żeby mógł cię zobaczyć. I zarządził, że dziś
wieczorem nie gotuję, idziemy na kolację do miasta. A więc wiedz, że kiedy to
się dzieje, on płaci i nawet nie próbuj z nim walczyć. Kilku chłopaków mojej
siostry próbowało to robić i zrobiło się brzydko. Więc, niestety, nasza randka
jest popieprzona, ale z drugiej strony mogę spędzać czas z tatą i tobą, co wcale nie jest do niczego.
Cieszył
się, że spędza dobry czas z ojcem, nawet jeśli powód tego był popieprzony.
Ale
nikt nie płacił za jego kolację, a teraz nikt nie płacił za jego dziewczynę.
Wyciągnęła to gówno zeszłej nocy, a potem odwróciła jego uwagę, zanim zdążył to
z nią obgadać.
I
gówno go obchodziło, jeśli miało zrobić się brzydko. Barry musiałby sobie z tym
dać radę. A Barry był takim człowiekiem, że Deck uznał, że to zrozumie. Ale
jeśli tego nie zrobi, podzielą rachunek.
-
Wygląda na to, że masz dobry poranek - zauważył Deck, podchodząc do swojego pickupa.
-
Tak - odpowiedziała - Jak twój?
Zbliżył
się do swojego pojazdu, zapiszczał pilotem i odpowiedział - Sędzia ustanowił
kaucję. Po tym gówno może pójść szybko, Słonko. A McFarland miał ładne
mieszkanie i fajnego pickupa. Znalazłem magazyn wypełniony od cholery skradzioną
własnością, której nie zdążyli sprzedać, ale Chace zadzwonił dziś rano i
powiedział, że spis, który zrobili chłopcy, pokazuje, że było wiele rzeczy,
które zgłoszono jako skradzione, a których nie było w tym magazynie. Co
oznacza, że zostały już sprzedane i prawdopodobnie dostał działkę, żeby mieć
zabezpieczenie w postaci gotówki. I ta gotówka nie będzie na koncie bankowym,
które mogą zamrozić. Więc musisz porozmawiać z tatą. Wie co i jak.
-
Dobrze - powiedziała z westchnieniem.
-
Żadnych telefonów, Emme - ostrzegł - Odbierasz telefon tylko wtedy, gdy wiesz,
kto dzwoni. Ale poza tym twój tata lub ktoś inny obsługuje telefony. Dobrze
sobie z tym radzisz?
-
Nie sądzisz, że Dane ma wystarczająco dużo problemów, nieuchronnie tracąc swoją
pracę, więc nie będzie myślał o zawracaniu mi głowy?
Po
prostu tego nie rozumiała. Z drugiej strony przekręciła sobie w głowie, co do tego
porąbanego, który porwał ją ze szkolnego placu zabaw, że był dobrym, miłym
facetem.
Ale
widział jej zdjęcia z McFarlandem. Była czuła i cieszyła się uczuciem. On
przesadził. Dał jej skradziony pierścionek, żeby jej zaimponować. Użył swojego
jedynego telefonu, żeby do niej zadzwonić, nie do adwokata, krewnego, nikogo,
kto mógłby coś dla niego zrobić, ale do Emme, żeby porozmawiać o czymkolwiek,
do cholery, chciał z nią porozmawiać, będąc w areszcie i wiedząc, że ona wie,
że dał jej skradziony pierścionek.
Ten
facet nie mógł jej przynieść nic dobrego. Deck miał co do niego złe przeczucia.
Nie był prowodyrem tego szalonego gówna. Ale był na tyle głupi, żeby zostać
wciągniętym. I na tyle głupi, żeby zrobić coś dla kobiety, na którą się napalił,
co doprowadziłoby ich wszystkich do upadku.
Gdyby
reszta tej załogi dowiedziała się o pierścionku, jeśli jeszcze tego nie
wiedzieli, byłaby cholernie wściekła.
Potrzebował
odwrócić skupienie McFarlanda od Emme i musiał mieć pewność, że nikt inny się
na niej nie skupi.
Takie
gówno nakręcało się w mgnieniu oka, a ludzie tacy jak Emme wpadali w to w
sposób, którego nikt by sobie nie wyobrażał, gdyby ktoś nie zwracał na to
uwagi.
Zatrzymał
się przy drzwiach swojego pickupa, trzymając rękę na klamce, ale skupił się
wyłącznie na niej.
-
Rozumiem, że nie chcesz myśleć o nikim złych rzeczy, o złym gównie, które może
ci się przytrafić, albo o facecie, z którym spędzałaś czas, kochanie -
powiedział cicho - Ale pytam cię, czy moglibyśmy zakończyć ten spór, w którym
chodziło o tego faceta, a żeby to zrobić, proszę, abyś mi zaufała. Żebyś była bezpieczna,
a będziesz bezpieczna, jeśli pozwolisz mi cię chronić, jakkolwiek muszę to
zrobić. Ufasz mi?
Nastąpiła
chwila wahania, zanim powiedziała - Przepraszam, Słonko. Upierałam się przy tym,
a nie wiem dlaczego. Może zaprzeczenie.
-
Co powiesz na to, że ty nie będziesz o tym myślała, tylko pozwolisz mi o tym
pomyśleć, a ty po prostu zajmiesz się codziennymi sprawami. Tak?
-
To… to… to naprawdę super z twojej strony, Jacob - powiedziała łagodnym głosem -
Dopiero zaczęliśmy. Powinniśmy mówić o fajnych rzeczach, a nie o tym, że Dane
zawsze jest na widoku. To jest ból i…
-
Kotku, zaczynamy czy nie, to nie jest ból. Jak jesteś w moim życiu, jeśli chodzi
o ciebie, to moje zadanie. Jak trafisz na dobrego człowieka, on tak o tym myśli.
I ma to w dupie, czy to ból.
Nie
dostał nic w odpowiedzi.
Więc
zawołał - Emme?
-
Naprawdę cię lubię - wyszeptała, a on zamknął oczy, gdy jej słowa rozgrzały
jego krew.
Otworzył
je i szarpnięciem otworzył drzwi.
-
Ja też cię lubię - odpowiedział.
-
Cieszę się - Nadal szeptała.
-
Idź porozmawiać z tatą - rozkazał.
-
Dobrze, Słonko. Czy przyprowadzisz Buforda kiedy przyjedziesz, czy wrócisz po
niego po kolacji?
-
Twój tata wie, że spędzam noc?
-
Tak i, proszę, nie martw się tym. Mam trzydzieści cztery lata. Nie jest głupi.
Ma troje innych dzieci starszych ode mnie i przechodził przez to wcześniej,
zanim stanęły poważnie wystrojone w kościele. Nie wspominając już o tym, że uważa,
że możesz nakreślić w myślach plany statku kosmicznego, który może zawieźć nas
na Marsa w cztery godziny, a w nie cztery lata, a w tym samym czasie
przejechałbyś trzy rundy z Mike’iem Tysonem i pokonał go. Nie ma problemu, że
spędzisz noc.
Kiedy
mówiła, wsiadł do swojego pickupa i zamknął drzwi.
Zanim
skończyła, uśmiechał się do kierownicy.
-
Dobrze wiedzieć - mruknął, po czym powiedział - Nie chcę, żeby Buford chodził
samotnie, jak będzie po raz pierwszy w twoim domu. Nie chcę też, żeby siedział
w zimnym pickupie, kiedy będziemy jedli. Po kolacji wrócę do domu i go wezmę.
-
W porządku.
-
Pozwolę ci odejść.
-
Dobrze, Słonko. Porozmawiamy później.
-
Będę w twoim domu około czwartej trzydzieści.
-
Dobrze.
-
Dobrze kochanie. Do zobaczenia.
-
Okej, Jacob. Pa.
-
Później, Słonko.
Rozłączył
się z uśmiechem na ustach i już miał rzucić komórkę na siedzenie obok siebie,
kiedy zadzwoniła.
Na
wyświetlaczu pojawił się napis - Dzwoni
Lee Nightingale.
Przyłożył
telefon do ucha - Lee
-
Hej, Deck. Masz czas na rozmowę? - odpowiedział Lee.
-
Tak - odpowiedział Deck, opierając się na siedzeniu, patrząc na obszar za
przednią szybą, skupiony na telefonie.
-
Zrobiłem to, o co prosiłeś, nastawiłem na to Hectora, dziś rano dostałem raport
ustny - powiedział mu Lee.
-
Daj mi to - zaprosił Deck.
-
Harvey Feldman. Sześćdziesiąt jeden lat. Dostał pięć lat za porwanie, odmówił
zwolnienia warunkowego. Osiedział całość, jego decyzja. Wyszedł, pracował w
ośrodku resocjalizacyjnym. Dostał pracę. Ma dom. Dom w pełni spłacony. Samochód
opłacony w całości. Rachunki płacone na czas. Podatki złożone na czas. Chodzi do
pracy na czas. Brak dni chorobowych. Najwyższe oceny wydajności. Lubiany w
pracy. Nie samotnik. Wychodzi na drinka z chłopcami. Opiekuje się kotem
sąsiada, gdy ten jest na wakacjach. Kosi podwórko swojego sąsiada, bo ma
osiemdziesiąt dziewięć lat i nie chce iść do domu opieki. Opisywany jako cichy,
ale przyjazny i miły. Chociaż nie jest samotnikiem, nigdy nie ożenił się
ponownie. Nikt go nigdy nie widział z kobietą, nawet na randkach. Odkłada
pieniądze na emerytalny plan oszczędnościowy, co oznacza, że jego emerytura
będzie wygodna, ale nie będzie żył w luksusie.
Deck
nie miał co do tego dobrego przeczucia.
Zbyt
doskonały.
I
pasował do czegoś, co powiedziała Emme w sposób, który mu się nie podobał.
-
Jest więcej? - zapytał, kiedy Lee przestał mówić.
-
Tak. Hector powiedział, że Harvey Feldman to najnudniejsze zadanie, jakie mu
dałem, i mówi, że teraz też jesteś mu to winien.
Deck
się nie uśmiechnął.
Zamiast
tego zauważył - Bardzo czysto. Hector ma oko na tego faceta?
-
Tak - odpowiedział Lee.
-
Jaka jest atmosfera? Zgłosił to?
-
Poza tym, że praca jest nudna, nie. A jeśli Hector by coś wyczuł, zgłosi to.
Zwykły Joe niespodziewanie porwał dwunastoletnią dziewczynkę. Nie ma żadnych
wstępów do tego, żadnych problemów później. Nawet mandatu za parkowanie.
-
Nie podoba mi się to - mruknął Deck, nie mogąc wyczuć, dlaczego.
-
Zechcesz mi podpowiedzieć, kim jest dla ciebie Emmanuelle Holmes? - dowiadywał
się Lee.
-
Jest w moim łóżku - podał mu Deck.
-
Ten facet podszedł do niej? - zapytał Lee, jego ton, zwykle czujny, teraz był nawet
bardziej.
Z
drugiej strony, Lee był żonaty, kochał swoją żonę, nie przeszkadzało mu to, że
ludzie o tym wiedzieli, więc rozumiał mężczyznę zaglądającego do porywacza
kobiety w jego łóżku.
-
Nie żebym o tym wiedział.
Jej
słowa dotarły do niego.
A Harvey przyjął to, ponieważ myślał,
że na to zasłużył. Miał córkę. Gdyby ktoś jej to zrobił, zrobiłby to samo.
Nazywała
go Harvey, jakby go znała.
Jak
zapytał, skąd wiedziała o tym mężczyźnie, nie odpowiedziała. Coś było nie tak i
nie chodziło tylko o to, jak Emme przekręciła w swojej głowie to wszystko, żeby
było dobrze.
Wyłożyła
to zaskakująco szczerze.
Ale
ta wymijająca postawa sprawiła, że nie zapytał jej wprost, czy ma jakieś obecne
powiązania z Harveyem.
Rozgryzała
różne rzeczy, odkręcała to, co przekręciła w swojej głowie, wyłaniając się zza
zasłony, wpuszczając go. Nie chciał wyzwolić impulsu, kiedy pracowała nad tym
wszystkim, impulsu, który mógłby ją odepchnąć.
Zwłaszcza
jeśli nie było się czym martwić.
Ale
miał dziwne ssanie w żołądku, mówiące mu, że jest coś, o co musi się martwić i,
dopóki się nie zorientuje, co to jest, aby uniknąć uruchomienia tego impulsu, i
aby opracować plan, jak sobie z tym poradzić, zanim zwróci się z tym do niej,
nie mógł poruszyć tego z Emme.
-
Jutro lub następnego dnia jadę do Denver. Skonfiguruję podgląd na jego dom -
powiedział Deck Lee - Będę miał kolejny dług, jak pozwolisz mi wysyłać
wiadomości do swojego pokoju kontrolnego, a twoi chłopcy będą mieli oko na ten
dom.
-
Żaden dług, ludzie są w tym pokoju 24/7, Deck. Możemy to zrobić, nie ma
problemu. Muszę tylko wiedzieć, czego szukasz.
-
Chcę też mieć podsłuch w jego telefonie. Nie obchodzi mnie nic, co robi, mówi
lub z kim rozmawia, z wyjątkiem Emme, która do niego zadzwoni lub pójdzie z
wizytą.
-
Odwiedza go? - zapytał Lee.
-
Nie wiem. Jednak mam złe przeczucie, więc muszę to zrobić, dopóki nie będę w
stanie tego rozwiązać.
Lee
Nightingale rozumiał to złe przeczucie.
Dlatego
powiedział - Daj nam znać, kiedy będziesz w Denver. Poproszę Vance’a, żeby
wyszedł i pomógł ci z pluskwami.
-
Zobowiązany.
-
W międzyczasie dostaniemy się do jego telefonów.
-
Dzięki, Lee.
-
Znowu nie ma problemu. Później Deck.
-
Później.
Rozłączyli
się, ale Deck nie włączył zapłonu ani nie odrzucił telefonu na bok.
Stuknął
nim w kierownicę i patrzył prosto przed siebie, nie widząc.
Przychodziło
to do niej, co spowodowało ten pojeb, kiedy ją zabrał, jak wślizgnęła się za tę
szczególną zasłonę, oddychając, ale nie żyjąc, nie łącząc się z ludźmi.
Dwadzieścia dwa lata później to do niej przychodziło.
Ale
wydawała się całkowicie spokojna i niewzruszona, kiedy mówiła o porwaniu,
martwiła się tylko, że to, czego się dowiedziała, zrobiło z nią to, że kosztowało
stratę jej czasu z nim.
Nie
okazała żadnego strachu, jeśli chodziło o Harveya Feldmana.
Deck
wziął dwa kontrakty, w których wyśledził i uratował porwane dzieci.
Pracował
również w sytuacji z Chace’m, która ich doprowadziła do dwojga porwanych
dzieci.
Nie
były spokojne i niewzruszone w najmniejszym stopniu.
Z
tym złym przeczuciem, wyrwał swoje myśli z tego gówna, odrzucił komórkę na bok,
włączył pickupa i skierował się do ruchu.
Przejechał
trzy przecznice.
Potem
się ustawił.
*****
Czterdzieści pięć minut później…
Deck
stał oparty tyłem i ramionami o swojego pickupa, trzymając przed sobą stopy ze
skrzyżowanymi kostkami, ręce skrzyżowane na piersi, okulary przeciwsłoneczne,
oczy skierowane na drzwi.
Załoga
wychodziła jeden po drugim.
McFarland
był czwarty.
Reszta
nie interesowała Decka, ale McFarland wyczuł jego spojrzenie z odległości prawie
dwudziestu metrów i natychmiast spojrzał na niego.
Deck
się nie poruszył. Ani okulary. Ani mięsień.
McFarland
spojrzał na ziemię z zaciśniętą szczęką, wkurzony i wskoczył do czarnego SUV-a,
który stał na biegu jałowym przed więzieniem.
Wsiadł
i wystartował.
Deck
patrzył, jak odjeżdża.
Dopiero
wtedy wrócił do swojego pickupa i odjechał.
*****
Późno tej nocy…
Deck
otworzył oczy.
Emme
była rozłożona częściowo na nim martwym ciężarem, tam gdzie ją położył, kiedy z
nią skończył i gdzie została.
Pokój
gościnny znajdował się na drugim końcu korytarza. Mimo to, kiedy to z nią
robił, musiał to robić prawie cały czas z ustami na jej ustach, tłumiąc jej
miauczenie, jęki, skowyt i wreszcie krzyk.
Nie
wspominając o używaniu jej ust do tłumienia jego jęków.
Światło
księżyca wpadało przez jej zasłony, coś, co lubił, chociaż możliwe, że ciepło
uciekało z jej okien, ciepło, które zasłoniłyby zasłony. Mimo to w domu było
cieplej i prawdopodobnie kocioł nie musiał tak ciężko pracować, aby tak było.
Nadal
potrzebowała nowych okien.
Była
naga, o co prosił i to dostał. Odsuwając wspomnienie McFarlanda, który ją w ten
sposób zostawił, czyniąc to jego.
Nie
spał, bo mało spał. Zwykle, kiedy to się działo, wstawał, ćwiczył, szedł
pobiegać po ciemku, pracował lub czytał. Przez ostatnie kilka nocy z Emme leżał
z nią przytulony do siebie i pozwalał swoim myślom wędrować.
To
nie był problem, robił to wiele podczas swoich wielu lat krótkiego snu. Było po
prostu lepiej z truskawkowym zapachem Emme w nozdrzach, z jej miękkim ciałem wtulonym
blisko.
Teraz
leżał z nią, ale był niespokojny.
To
dlatego, że mimo niewerbalnego ostrzeżenia, jakie dał mu Deck, stojąc na
zewnątrz więzienia, McFarland udał się prosto do domu, do swojego pickupa, a
potem wprost do składu drewna.
Spotkał
go Barry Holmes, a według Barry’ego i Emmanuelle, Emme nawet go nie widziała.
Barry
zawiesił go bez wynagrodzenia w oczekiwaniu na wynik śledztwa w sprawie
postawionych mu zarzutów. Oficjalnie zostanie zwolniony, kiedy zostanie skazany,
ale sprawa została dokonana. Odszedł.
Barry
powiedział mu również, że zostanie oficjalnie zwolniony, jeśli znajdzie się w
pobliżu posesji tartaku lub czegokolwiek z nią związanego, w tym pojazdów,
klientów lub pracowników.
McFarland
przyjął to i odszedł.
Ale
to nie mówiło dobrych rzeczy, że zignorował wielokrotne ostrzeżenia Decka, a
także Shaughnessy’ego.
Częściowo
chodziło o utrzymanie pracy.
Ale
Deck uznał, że chodziło głównie o Emme.
Wiedząc,
że nie będzie spał, a jego umysł był zbyt zagracony, by cieszyć się leżeniem
tam z jego dziewczyną, ostrożnie wysunął się spod niej. Zwinęła się wokół
poduszki, kiedy wyszedł z łóżka.
-
Zostań - mruknął, kiedy Buford podniósł głowę.
Emme
miała łóżko typu king-size. On miał łóżko typu king-Kalifornia, ale łóżko Emme
nie było małe. Mimo to, zauważył, że Deck i Emme zajmowali z niego jedną
czwartą. Jego pies zabrał pozostałe trzy czwarte.
Buford
opuścił głowę z jękiem. Deck wyciągnął rękę nad Emme i przesunął ręką po psim
boku. To dało mu cichszy jęk.
Podszedł
do swojej torby, wyciągnął spodnie od piżamy i koszulkę, naciągnął je i zaczął
szukać książki. Chwyciwszy ją, przeszedł z powrotem przez pokój, który wciąż
trudno było mu uwierzyć, że Emme odnowiła go sama.
Podłogi
zostały wypiaskowane, odrestaurowane i teraz lśniły. To samo dotyczyło stolarki
i gzymsu. Drewniane stropy belkowe miały oczyszczone i wypolerowane drewno.
Odświeżone ściany zostały pomalowane na kojącą jasnozieloną barwę.
Znajdujące
się tam meble nie były ani nowoczesne, ani antyczne. Były przyjemne i wygodne z
nastawieniem na kobiecość. Dwa wyściełane fotele ustawione w kącie z podnóżkami
i stolik blisko nich z lampą na bazie srebra. Ciężkie lampy na bazie szkła na
szafkach nocnych przy łóżku. Miękkie kremowe prześcieradła z zielonymi szwami.
Puszysta, zielona narzuta. Ciepłe drewno dookoła, ale z rzeźbieniem i wywinięciami,
które nadawały mu kobiecości i osobowości. Grubo tkane dywaniki zajmowały dużą
powierzchnię na podłodze, delikatne wzory na nich odzwierciedlały kolorystykę
pomieszczenia.
Nic
specjalnie rzucającego się w oczy. To było subtelne. Atrakcyjne. Przyjazne. To
nie był pokój, w którym spałeś. To był pokój, w którym spędzałeś czas. Wszystko
stworzone i wybrane przez Emme.
To
było tak niezwykłe, że zrobiła to wszystko sama, że to było prawie
upokarzające.
Podobało
mu się to.
Podobał
mu się też jej pokój.
Może,
kiedy byliby głębiej w ich związku, a ona przyzwyczaiłaby się do niego i jego
wzorca snu, zostawiłby ją w łóżku, podszedł do jednego z tych foteli, zapaliłby
lampę i czytałby z nią blisko.
Może
gdyby mogła spać w świetle, w ogóle by jej nie zostawił, zapaliłby lampkę przy
łóżku i czytałby z nią zwiniętą w niego.
Musiał
jej wytłumaczyć swój sen i zapytać.
Miał
nadzieję, że jest gotowa na to drugie.
Ale
teraz nie było na to czasu.
Zamiast
tego udał się do pokoju rodzinnego, aby poczytać, ale zmienił kierunek, gdy
zobaczył światło dochodzące z kuchni.
Nie
zdziwił się, widząc Barry’ego siedzącego przy kuchennym stole z kubkiem kawy
przed nim, w szlafroku i kapciach na nogach.
I
ponownie przypomniano mu, że nawet tak mądry, jak był, potrafił być głupi.
Barry,
niemłody mężczyzna, wciąż był przystojny. Ciemne włosy były teraz gęsto
posrebrzane siwizną. Ciemno brązowe oczy. Szczupłe ciało. Nie salceson. Również
nie chudy. Wysoki.
Jego
żona, jak widział na zdjęciach w ich domu, w młodości była oszałamiająca i przekazała
kolor oczu obu córkom. Kiedy Deck ją spotkał, wciąż mogła przyciągać wzrok.
I
wszystkie ich dzieci były takie same, z wyjątkiem tego, że Emme w czasie, kiedy
tam bywał po prostu tego nie pokazywała.
Deck
też tego nie szukał.
Widząc,
że Barry siedzi późno, pije kawę i wygląda na zamyślonego, Deck wiedział
dlaczego.
Deck
nie tylko podzielił się tym, że McFarland był pracownikiem, który wpadł w gówno.
Powiedział też ostrożnie, że może mieć niezdrową obsesję na punkcie Emme. Nie
powiedział jednak, że Emme spotykała się z McFarlandem. Podjęcie decyzji o
podzieleniu się z ojcem i szefem informacją o tym, co okazało się błędem,
należało do niej.
Kiedy
wszedł, Barry spojrzał na niego i Deck zapytał - Nie możesz spać?
-
Intuicja ojca - odpowiedział Barry.
Deck
skinął głową i dołączył do niego przy stole.
-
Chcesz kubek? - zapytał Barry, przechylając głowę do swojej kawy.
-
Nie, dzięki - odmówił Deck.
Barry
skinął głową, przeniósł wzrok na kubek i podniósł ją do ust.
Dopiero
kiedy go ostawił, jego oczy wróciły do Decka i zauważył - Czuję, że coś mi w
tym wszystkim umyka.
Jego
ojcowska intuicja była wyostrzona.
-
Emme nie była zadowolona, że nie dałem jej możliwości bezpośredniego
podzielenia się z tobą czymś, co działo się z jednym z twoich pracowników -
powiedział mu Deck - Jeśli coś umyka, dziś rano obiecałem, że pozwolę jej się
tym podzielić lub przedyskutuję z nią przed udostępnieniem.
-
Więc coś mi umyka - domyślił się.
-
Proszę cię, żebyś mnie nie stawiał w takiej sytuacji, Barry - odparł cicho Deck
- Zapytaj swoją córkę.
Barry
skinął głową i spojrzał na ciemne okno nad zlewem kuchennym. Nie widział
niczego przez to okno, ale Deck wiedział, że tak naprawdę nie patrzy.
-
Dlaczego nie śpisz, synu? - zapytał okno.
-
Śpię cztery godziny na dobę. Wykorzystuję dodatkowy czas na robienie gówna,
którego nie mam czasu robić w ciągu dnia - Barry spojrzał na niego, a Deck
stuknął w książkę, którą położył na stole - Pomyślałem, że trochę poczytam.
-
Nie musisz dotrzymywać mi towarzystwa, jeśli nie chcesz - powiedział mu Barry.
-
Nie muszę dotrzymywać ci towarzystwa, jeśli tego nie chcesz - odparł Deck, a
Barry potrząsnął głową.
-
Polubiłem cię od chwili, gdy cię poznałem, Jacob. Lubiłem cię i podobało mi
się, jak byłeś z moją dziewczyną. Nigdy do końca nie rozumiałem, dlaczego
Elsbeth zakończyła z tobą sprawy. Maeve powiedziała, że była cholernie głupia.
Zgodziłem się. Wygląda na to, że wszystko układa się tak, jak powinno, a
przynajmniej taka jest moja nadzieja. Podsumowując, miło spędzać z tobą czas, bo
cieszyłem się, że miałem na to okazję w ciągu dnia.
-
Odwzajemnione uczucie, Barry.
-
Ale jeśli złamiesz serce mojej córce, ja złamię ciebie - Deck szarpnął głową na
ten szybki zwrot w ich rozmowie.
-
Wiem, jaki jesteś bystry - kontynuował Barry - Nie wiem, czym się zajmujesz,
ale podejrzewam, że to interesujące. Ale pieniądze dają możliwości, a ja mam
ich dużo i jeśli skrzywdzisz moją dziewczynę, użyję wszystkiego, co mam, aby
cię skrzywdzić.
-
Barry, to nie jest… - Deck zaczął go zapewniać.
-
Ona jest inna - szepnął Barry, a Deck zamknął usta na ból i niepokój w oczach
Barry’ego.
Stary
ból i zmartwienie. Wyryte tam. Ukryte siłą woli. Odsłonięte teraz w jakimś
celu.
-
Wiem, co się z nią stało - powiedział cicho Deck, mając nadzieję, że złagodzi
ten ciężar i nie zmusi go do wypowiadania tych słów na głos.
Ale
po tym, co powiedział później Barry, przekonał się, że nie ma sposobu na
złagodzenie tego ciężaru.
-
Mężczyzna żyjący trzy dni nie wiedząc, gdzie jest jego córka - odparł Barry -
Trzy dni nie wiedząc, czy je. Nie wiedząc, czy ktoś jej nie dotyka. Nie
wiedząc, czy nie zginęła w rowie. Tortura, Jacob. Czysta tortura; gorsza, bo patrzyłem
na moją żonę, moich chłopców, moją drugą małą dziewczynkę, wiedząc, że oni mają
te same myśli wyżerające im mózgi. Odzyskaliśmy ją, poszliśmy dalej, ale nigdy
nie wyzdrowieliśmy. Nie robisz tego. Nie zapominasz tego uczucia. Budzisz się
smakując je w ustach, idziesz do łóżka i przesyłasz podziękowania Bogu, że przeżyłeś
cały dzień, a ona jest gdzieś, gdzie wiesz, że jest i śpi bezpiecznie.
-
Nie wyobrażam sobie tego, Barry, i nie chcę - powiedział zgodnie z prawdą Deck,
nie odrywając od niego oczu.
-
Nie. Oczywiście. Ale mówię, że żadna rzecz nie zrani mojej córeczki. Nie ponownie.
Lubię cię, Jacob. Szanuję cię. Mam wrażenie, że jesteś dobrym człowiekiem, a
rzadko się co do tego mylę. I ona też cię lubi, bardzo polubiła lata temu, ale
teraz o wiele bardziej. Więc jeśli ty ją skrzywdzisz, ja złamię ciebie.
-
Ponownie mówię, wiem, co się z nią stało. Nie znasz mnie dobrze, ale powiem ci szczerze.
Nie siedziałbym przy tym stole z tobą, czującym to, co właśnie się dowiedziałem,
wiedząc co Emme zniosła, wiedząc, jaką kobietą jest twoja córka, co do niej
czuję, zabierając nas tam, gdzie chcę, gdzie jesteśmy i prowadząc nas tam,
dokąd chcę z nią być, gdybym nie myślał bardzo poważnie o podążaniu tą ścieżką.
Wzrok
Barry’ego nie oderwał się od Decka na dłuższą chwilę, zanim skinął głową.
-
Nie obraziłeś się - stwierdził Barry, kończąc to.
-
Absolutnie - zgodził się Deck.
Powinien
się tego spodziewać tylko dlatego, że Barry był tym człowiekiem, jakim był. A
to był mężczyzna, który kochał swoją córkę i dbał o nią bez względu na jej
wiek. Innymi słowy, kłócił się tego wieczoru o rachunek i wycofał się dopiero,
gdy dobrze przyjrzał się wyrazowi twarzy Decka i masie jego ciała. Ale kiedy
się wycofał, zrobił to tylko nieznacznie.
Był
mężczyzną jak Deck. Nikt nie zapłacił za jego posiłek. Nikt nie płacił za jego
dziewczynę.
Podzielili
rachunek.
Barry
mówił dalej.
-
Jako jej ojciec musiałem pozwolić jej swobodnie żyć jej życiem, podejmować
decyzje i popełniać błędy. Jak jej szef, tak samo. Jako jedno i drugie, muszę
dać jej swobodę dzielenia się swoimi decyzjami lub błędami, jeśli czuje, że
musi to zrobić. Emme dziewczyna z własną wolą i myślę, że miałeś dziś rano
ciekawą rozmowę, ale dziś wieczorem oboje daliście jasno do zrozumienia, że nie
ma między wami żadnych urazów. Doceniam szacunek, jaki jej okazujesz, składając
obietnicę i dotrzymując jej. Ale ponieważ jej ojciec właśnie siedzi o trzeciej
trzydzieści nad ranem przy jej kuchennym stole z mężczyzną, który zmienia jego
córeczkę na swoją, zrozumiałem, jak bardzo muszę się martwić o to, czego nie
wiem.
-
Nie jestem ojcem. Nie mogę na to odpowiedzieć. Ale myślę, że cokolwiek powiem, to
nie sprawi, że będziesz się martwił mniej lub bardziej niż dotąd. Jedyne, co
mogę ci powiedzieć, to to, że podzieliłem się swoimi obawami z właściwymi
ludźmi, w tym z Emmanuelle i wiele osób ją pilnuje, w tym ja. To wszystko, co
mam teraz do zaoferowania, Barry, i mam nadzieję, że możesz to zaakceptować.
Barry
westchnął, zanim stwierdził - Mam wrażenie, że to dla was coś nowego, więc mam
nadzieję, że w zamian nie będziecie mieli nic przeciwko temu, że krępuję wasz
styl, ponieważ będę częściej jeździł do Gnaw Bone, Jacob. Nie dlatego, że ci
nie ufam. Ale jeśli chodzi o Emme, to właśnie muszę zrobić.
-
Zrozumiale.
-
Dam wam przestrzeń, ale będę w pobliżu.
-
Popracujemy z tym.
-
I jak mnie potrzebujesz, bo wy dwoje pójdziecie na randkę czy coś, będę
pilnować twojego psa, ponieważ jest uroczym, obwisłym robalem.
Deck
uśmiechnął się - Możesz się tym zająć.
Barry
skinął głową. Potem poklepał dłonią płasko stół, po czym wstał i odszedł z kubkiem
do zlewu.
Odwrócił
się i oświadczył - Maeve mówi mi, że ma koszmary o tej kuchni.
-
Nie wątpię - odparł Deck, wciąż się uśmiechając.
Barry
odwzajemnił uśmiech - Skończę na tym i spróbuję ponownie zasnąć. Do zobaczenia
rano, synu.
-
Dobranoc, Barry.
-
Noc, Jacob.
Barry
wyszedł. Deck wziął książkę, zgasił światło i poszedł do pokoju rodzinnego,
żeby się zadomowić.
Otworzył
swoją książkę, podejmując decyzję o rozmowie z Emme, opowiedzeniu jej, co stało
się z jej tatą i zachęceniu, by mu to wyłożyła, aby Barry miał informacje,
których potrzebował, aby skupić swoją uwagę i zmartwienie.
Potem
skierował swój wzrok na książkę i czytał.
Kiedy
nadszedł właściwy czas, przestał czytać, zgasił światło, wszedł na górę i
wrócił do łóżka z Emme, obudził ją delikatnie, a następnie zaczął robić z nią
różne rzeczy, gdzie musiał użyć ust, by stłumić hałas.
Trochę nadal nie wiem co mam myśleć o tej części. Dziękuję - jesteś najlepsza 😘😘😘
OdpowiedzUsuńDziękuję za rozdział :)
OdpowiedzUsuńCukierkowy. Ale czuję że jak jest pięknie to zaraz się spier...i :(
Dziękuję
OdpowiedzUsuń