Rozdział
5
Gdzie
nas zabieram (cz.1)
Wyjrzałam
przez okno mojego biura, na podwórko tartaku, skierowałam wzrok na
zapracowanych ludzi i zrobiłam to, stukając telefonem w biurko.
Powinnam
pracować, ale nie myślałam o pracy.
Myślałam
o Jacobie.
Mówiąc
dokładniej, myślałam o zadzwonieniu do Jacoba, miałam nieodpartą potrzebę
zrobienia tego.
Próbowałam
też tego nie robić, ponieważ miałam chłopaka, mimo że był chłopakiem, którego
nie byłam taka pewna.
Był
słodki, był mną zauroczony, ale był po prostu… nieobecny.
Z
drugiej strony nie miałam zbyt dużego doświadczenia, więc co ja wiedziałam?
Dodatkowo,
po mojej wczorajszej kolacji z Jacobem, w ciągu godziny zadzwoniłam do niego po
dziesiątej wieczorem, a teraz była dopiero jedenasta trzydzieści następnego
dnia.
Nie
chciałam, żeby myślał, że jestem psychopatką, a dzwonienie do niego
sugerowałoby zachowanie psychopatki. Co więcej, kiedy zadzwoniłam do niego
wczoraj wieczorem, zaprosiłam go na kolację, która była drugą nocą z rzędu z
kobietą, której nie widział od dziewięciu lat, kobietą z chłopakiem, a to było
pół-psychopatyczne.
Dobra,
może to było totalnie psychopatyczne.
Nie
chciałam, żeby Jacob myślał, że jestem psychopatką.
Kiedykolwiek.
Ale
chciałam usłyszeć jego głos. Chciałam się z nim połączyć przez telefon.
Tęskniłam za nim i podobało mi się, że mam go z powrotem.
Bardzo
mi się podobało.
Bardzo
mi go też brakowało.
I
musiałam go o coś zapytać. Co więcej, był jedynym, którego mogłam zapytać.
Zerknęłam
z podwórka na telefon. Mój umysł mówił kciukowi, żeby tego nie robił, ale kciuk
nie słuchał, znalazłam kontakt Jacoba i wcisnęłam.
Przyłożyłam
go do ucha.
-
Jestem psychopatką - wyszeptałam i na szczęście skończyłam szeptać dwie sekundy
przed tym, zanim zabrzmiał głos Jacoba.
-
Wszystko w porządku? - odpowiedział.
Domyśliłam
się, że pytał głównie o to, bo dzwoniłam, kiedy nie potrzebowałam, więc
prawdopodobnie myślał, że coś jest nie tak.
Albo
że byłam psychopatką.
-
Muszę wiedzieć, czy jest coś, czego nie jesz - skłamałam.
Właściwie
to nie było kłamstwo. Chociaż bardzo dużo pamiętałam o Jacobie (prawie
wszystko, szczerze mówiąc), nie mogłam sobie przypomnieć, czy było coś
konkretnego, czego nie lubił jeść.
Pamiętałam,
jaki był piękny, jaki był wysoki, jaki był silny. Pamiętałam, jaki był mądry i
zabawny. Pamiętałam, jak fajnie zachowywał się ze mną. Pamiętałam też, jak
bardzo za nim tęskniłam. Ale nie mogłam sobie przypomnieć, czy nie lubił
kurczaka.
Ale
to nie była jedyna rzecz, którą musiałam wiedzieć. Musiałam wiedzieć coś
jeszcze.
Podobnie
jak zeszłej nocy, kiedy nie sprawił, że poczułam się jak psychopatka, wręcz
przeciwnie i brzmiał tak, jakby ucieszył się że mnie usłyszał i jakby chciał
rozmawiać przez całą noc, znowu brzmiał tak, jakby to, że ponownie go psychopatycznie
nawiedzałam przez telefon w prekursorskim stylu stalkera nie było niczym
wielkim.
-
Jak nie jem czegoś, odkładam to.
-
Nie możesz tego odłożyć, jeśli ugotuję z tym w nim lub jeśli podstawą kolacji w
ogóle jest to, czego nie jesz - poinformowałam go.
-
Robisz indyjskie jedzenie? - zapytał.
-
Nie. Nie lubisz indyjskiego jedzenia? - zapytałam w odpowiedzi.
-
Uwielbiam to - odpowiedział.
-
Więc dlaczego spytałeś, czy robię indyjskie jedzenie?
-
Bo miałem nadzieję, że robisz.
Wybuchnęłam
śmiechem.
Nie,
Jacob zdecydowanie nie sprawiał, że czułam się psychopatką.
Kiedy
przestałam się śmiać, powiedziałam mu - Przepraszam Słonko, ale nie wiem, jak
zrobić indyjskie jedzenie.
-
Szkoda - mruknął z uśmiechem w swoim głębokim, atrakcyjnym głosie, a gdybym była
na skanerze termowizyjnym, określone części mnie byłyby bardziej czerwone.
Masz chłopaka, Emme!
mówiłam sobie.
Przez chwilę
odpowiadałam sobie.
Jacob jest także byłym chłopakiem
twojej byłej najlepszej przyjaciółki, Emme! przypomniałam
sobie.
Więc?
zapytałam siebie.
Odsunęłam
na bok te myśli, przez które, gdyby ktoś wiedział, że mówię do siebie w mojej
głowie, mogłyby udowodnić, że rzeczywiście jestem psychopatką i zwróciłam uwagę
Jacobowi - Właściwie nie odpowiedziałeś na to pytanie.
-
Zjem to, co ugotujesz, Emme. Gotuj, co lubisz.
Był
takim miłym facetem.
Zawsze
był.
Miły.
Wysoki (bardzo wysoki). Przystojny
(niesamowicie przystojny). Sprytny (tak cholernie sprytny). Zabawny.
Interesujący. Kulturalny. I powtórzę miły, bo warto było to powtórzyć, ponieważ
był właśnie taki miły.
To
wszystko w nim mi się podobało. Podobało mi się, że miał zbyt długie ciemne
włosy. Podobało mi się, że czasami grube pasmo opadało mu na czoło i do oka.
Podobało mi się, że był tym, kim był i nie nosił markowych dżinsów ani nie
nakładał żelu na włosy. Podobało mi się to, że, nawet biorąc pod uwagę, że był
niesamowicie inteligentny, w rzeczywistości był geniuszem, to nigdy nie
sprawiał, by ktokolwiek czuł się gorszy od niego, ponieważ nie był tak mądry
jak on. Podobało mi się, że nigdy nie zachowywał się z wyższością ani arogancją,
a ze wszystkim, co było nim, wyglądem, ciałem, mózgiem, był jedyną znaną mi
osobą, która mogłaby. I podobało mi się, że lubił robić to, co lubił robić,
robił to, co lubił i nie dał się zmusić do robienia czegoś, czego nie chciał.
Jak
Elsbeth próbowała go zmusić.
Stracił
ją przez to i zaakceptował to. Wiedziałam, że to zabijało. Kochał ją aż do
szaleństwa. Ale odmówił bycia mężczyzną, którym chciała, żeby był, a zamiast
tego był mężczyzną, którym był.
Powinna
była zobaczyć, że ma to wszystko, nawet jeśli nie zarabiał góry złota, a tym
samym nie mógł dać jej życia, do którego przywykła od swojego tatusia. Country
cluby, lekcje tenisa, wakacje w willach we Włoszech i plaże w Tajlandii,
bajeczne domy utrzymywane przez pokojówki i bajeczne posiłki przygotowywane
przez kucharzy.
Nie
widziała wszystkiego, co miała.
Głupia.
-
Skończyliśmy? - Jacob popchnął, kiedy trwałam w milczeniu.
Skończyliśmy.
A przynajmniej powinniśmy.
Ale
nie skończyliśmy.
-
Okej, cóż, oczywiście mogłabym z tobą o tym porozmawiać dziś wieczorem, ale to
tak bardzo mnie dręczy, że nie mogę wykonać żadnej pracy. Więc masz chwilę? - zapytałam.
-
Dla ciebie zawsze, kotku - odpowiedział.
Naprawdę,
taki miły facet.
Wzięłam
głęboki oddech i zaczęłam - Dobra, jesteś facetem…
W
jego głosie pojawił się śmiech, kiedy przerwał - Cieszę się, że zauważyłaś.
Och,
zauważyłam. Każda oddychająca kobieta zauważyłaby Jacoba Deckera. Do diabła,
możliwe było, że mógłby przejść przez cmentarz i sama jego obecność wywołałaby
martwe kobiety jako wściekłe zombie, by ujrzeć go nieumarłym, tak był
zauważalny jako samiec.
-
Zamknij się, Jacob, i słuchaj, dobrze? - zapytałam z uśmiechem w głosie.
-
Dobrze. Wypluj to wreszcie - zaprosił z uśmiechem.
-
Więc jesteś facetem i powiedzmy, że masz dziewczynę. Znasz ją od jakiegoś czasu,
ale spotykasz się z nią od niedawna. Lubisz ją, a ona o tym wie. Wiesz też, że
powstrzymuje się, jak robiła pięćdziesiąt razy, kiedy ją prosiłeś, zanim w
końcu się zgodziła.
Zatrzymałam
się.
Jacob
nic nie powiedział, kiedy to zrobiłam, a kiedy nie kontynuowałam, cierpliwie
podpowiedział - Zgadza się, Emme, załapałem tę część.
Wiedziałam,
że to zrobił. Wiedziałam, że wiedział, że mówię o Dane. Nie wiedziałam,
dlaczego owijałam się w bawełnę. Po prostu czułam, że muszę, może chronić
Dane’a, może chronić siebie przed Jacobem myślącym, że jestem idiotką.
-
Dobra, załapałeś tę część, więc jesteś facetem, powiedzmy, że jesteś tym facetem i nie wymieniono żadnych
przysiąg miłości. Żadnych zobowiązań, nawet na wyłączność. Czy mógłbyś, hm…
powiedzmy, kupić jej drogi prezent, żeby być może podkręcić piłkę w twoim
związku?
To
pytanie spotkało się z milczeniem, które trwało tak długo, że musiałam
przywołać jego imię.
Kiedy
to zrobiłam, przemówił.
-
Jakiego rodzaju drogi prezent?
-
Bardzo drogi prezent - powiedziałam mu.
-
Jakiego rodzaju, Emme? - popchnął.
Zamknęłam
oczy, otworzyłam je, spojrzałam na podwórko, zobaczyłam Dane’a rozmawiającego z
klientem i odwróciłam wzrok.
-
Pierścionek z rubinem i brylantami - odpowiedziałam szybko.
Spotkało
się to z większą ciszą, która trwała dłużej.
Przemówiłam
w pustkę i zrobiłam to na wpół bełkocząc - Jacob, Słonko, nie wiem. To dziwne.
To znaczy, to nie jest pierścionek zaręczynowy ani nic. Bardziej jak
pierścionek koktajlowy. Co samo w sobie jest dziwne, ponieważ prowadzę skład
drewna. Do pracy noszę dżinsy. To ładne dżinsy, ale to nie tak, że w weekendy
chodzę do opery i zajmuję się towarzystwem. Ale co więcej, rubin jest bardzo
duży i nie musisz być ekspertem w jubilerstwie, aby wiedzieć, że jest drogi.
Bardzo, bardzo drogi. Nawet pudełko,
w którym jest, jest naprawdę ładne.
Przez
chwilę milczałam, a potem ściszyłam głos - Trochę mnie to przeraziło.
Przez
chwilę milczałam, a potem obniżyłam głos - To właściwie sprawiło, że zdecydowałam
w sprawie Dane’a.
Przez
to Jacob nic nie powiedział.
-
Jacob? - zawołałam.
-
I jaka jest twoja decyzja w sprawie Dane’a? - zapytał.
Pokręciłam
głową, jakby mnie widział, i nawet nie zastanawiałam się, jakie to dziwne, że
rozmawiam o tym z Jacobem, jakby nie było prawie dekady między spotkaniem z nim
wczoraj w mieście a ostatnim razem, gdy go widziałam.
Z
drugiej strony wtedy dużo z nim rozmawiałam, nic z tego naprawdę nie było osobiste,
ponieważ wtedy naprawdę nie miałam życia. Ale znał osobistą część mojego życia,
kiedy w nim był. Na jakie filmy chodziłam. Na jakich kandydatów głosowałam.
Konkrety (w szczegółach) dotyczące tego, dokąd wybieram się na następne wakacje
i co zamierzam zrobić. To wszystko było dla mnie osobiste i niewiele osób o tym
wiedziało, z wyjątkiem rodziny, moich nielicznych przyjaciół i Jacoba.
Wydawało
się więc naturalne, że wrócił, był szczęśliwy, że mnie widzi, powiedział to
wprost, a potem działał tak, jakby tym razem chciał, żebyśmy pozostali w
kontakcie.
Po
prostu oboje wpadliśmy w to, kim kiedyś byliśmy. Prawdziwi przyjaciele.
Przyjaciele, którymi kiedyś byliśmy.
Odpowiedziałam
więc - Rozmawiałam z nim dziś rano i powiedziałam, że potrzebuję trochę
przestrzeni, ale chciałam, żeby przyjechał na weekend. Wtedy z nim zerwę.
Po
chwili ciszy zapytał - Co on sądził o komentarzu o przestrzeni?
-
Wyglądał na niezadowolonego - powiedziałam mu niedopowiedzenie.
-
Założę się - wymamrotał Jacob, wiedząc, że to niedopowiedzenie.
Rozmawialiśmy,
ale nic mi nie dawał.
Więc
naciskałam.
-
Okej, przedstawiłam to, a ty nic nie powiedziałeś. Jesteś facetem. Czy to jest
coś, co byś zrobił? Sprawa z pierścionkiem. Chodzi mi o to, czy on jest słodki,
a ja jestem po prostu dziwna?
-
Facet jest kutasem, jest kretynem i buja się w tobie, Emme, za bardzo. To jest
złe, przytłaczające, przerażające, wypierdalaj - odpowiedział Jacob.
Nie
było sposobu, żeby to źle zinterpretować i miał rację co do ostatniej części.
Co do pierwszych części czułam, że muszę coś powiedzieć.
-
On właściwie nie jest kutasem ani kretynem, Jacob. Ale trochę się we mnie, cóż…
za bardzo buja.
To
też było mało powiedziane.
-
Myślę, że chodziło o coś innego, kiedy spotkał mnie wczoraj, zwrócił się do
ciebie tuż przede mną. Nie uścisnął mi ręki, a próbował ją złamać. To jest
kutas. To kretyn.
Nie
wiedziałam o uścisku dłoni, ale nie byłam zaskoczona. To wydawało się pasować
do Dane’a.
Ale
kiedy Dane odbiło mu na punkcie Jacoba, to mnie wkurzyło.
Z
drugiej strony, Dane dziwnie się zachowywał z facetami i zdarzało się to
często, więc często się wkurzałam, co było jednym z powodów, dla których, mimo
że zwykle był słodki, nie był trudny do oglądania i miło było, że był tak
bardzo we mnie zabujany, nie byłam go taka pewna.
Teraz
to i on… nieobecny.
Położyłam
łokieć na biurku i schowałam głowę w dłoni, mamrocząc - O Boże, teraz muszę z
nim zerwać.
-
Zrób to na neutralnym gruncie, a potem odejdź. Albo ściągnij mnie, otwórz mu
drzwi, powiedz mu, że to koniec, zamknij drzwi. Jak znowu zapuka, ja odpowiem.
Zamrugałam
do biurka - Zrobiłbyś to?
-
Kurwa, tak, Emme. Facet to kretyn i kutas. Nie mogę stwierdzić, co zrobi. Więc
przekazujesz wieści na neutralnym gruncie, z ludźmi wokół, a potem odsuwasz się
od niego, albo robisz to, kiedy ja jestem w okolicy, by to skończyć.
-
Nie mogę… to znaczy… - wyjąkałam - Nie mogę uwierzyć, że to zrobisz, Słonko. To
takie miłe.
-
Dzisiaj jest czwartek - oznajmił Jacob - Mam dużo gówna do zrobienia, jak
odłożysz to do niedzieli, będę pewien, że będę w pobliżu.
Tak,
bardzo miłe.
Ale
to doprowadziło mnie do mojego następnego problemu. Zrobiłam coś, co mój ojciec
nazwałby sraniem do własnego gniazda. To był jeden z powodów, dla których
zniechęcałam Dane’a, kiedy zaprosił mnie na randkę po raz pierwszy około trzech
dni po tym, jak wróciłam do pracy po hospitalizacji. Teraz będę musiała z nim
pracować po tym, jak z nim zerwę. Pracować z nim jako jego szefowa.
-
Emme? Kochanie? – zawołał Jacob.
Myśl
o zerwaniu z Danem natychmiast opuściła moją głowę.
Kochanie.
Co
to było?
Jacob
powiedział to kilka razy, odkąd ponownie się połączyliśmy i za każdym razem,
gdy to mówił, było to jak fizyczny dotyk. Dobry. Czuły.
Seksowny.
Jacob
nigdy nie był wobec mnie seksowny.
Nigdy.
Był
oczywiście chłopakiem mojej ówczesnej przyjaciółki. Ale nigdy nawet nie
flirtował w przypadkowy sposób.
Wcześniej
często nazywał mnie „kotku” (mimo że Elsbeth się to nie podobało). Czasami też
nazywał mnie „słonko” (i Elsbeth też się to nie podobało).
Ale
kochanie?
-
Emme - warknął, jego głos był szorstki i zniecierpliwiony.
Nigdy
też na mnie nie warknął.
To
było gorące.
Nie
musiałam myśleć o Jacobie jako gorącym albo gorętszym, niż tym naturalnie
emanował po prostu będąc Jacobem.
-
Jestem tutaj. Świruję, ale jestem tutaj - powiedziałam mu.
-
Wszystko będzie dobrze - zapewnił, gdy warkot zniknął, a jego głęboki głos znów
był gładki.
-
Pracuję z nim, Jacob.
-
Tak, to chyba nie był twój zwykły spryt - mruknął.
Zamknęłam
oczy, opadłam na krzesło i jęknęłam - Uch.
-
Ty jesteś dorosła i on jest dorosły. Oboje to przejdziecie i zachowacie się jak
dorośli. Wiem, że możesz to zrobić. Jak on nie może, znajdź powód, żeby go zwolnić.
Zerwałam
się i krzyknęłam - Jacob! Nie mogę tego zrobić. To jest jego źródło utrzymania.
-
Powinien o tym pomyśleć, zanim zaprosił na randkę szefową, a potem ją
przeraził.
To
była prawda.
Wyprostowałam
plecy i zadeklarowałam - Okej, właśnie zdecydowałam, że robię to krok po kroku.
Powiem mu, żeby przyszedł w niedzielę. Zerwę z nim. Zapytam go, czy możemy
zachowywać się jak dorośli w pracy. A potem zadzwonię do ciebie na kolejną
sesję strategiczną, jeśli nie będzie w stanie tego zrobić.
Miał
kolejny uśmiech w głosie, kiedy odpowiedział - Brzmi jak plan.
-
Tak - zgodziłam się, a potem zawołałam jego imię, jakbyśmy nie rozmawiali przez
telefon.
-
Jestem tutaj, Emme.
Mój
głos znów obniżył się, kiedy się dzieliłam - Fajnie jest mieć to z powrotem. Mieć
ciebie z powrotem. Dziękuję za
ułatwienie i zabranie nas z powrotem do miejsca, w którym skończyliśmy.
Nic
mi nie odpowiedział i to było niezwykłe. Jacob potrafił być werbalnie i
fizycznie czuły, a po tym, jak powiedziałam to, co właśnie powiedziałam, Jacob,
którego znałam, powiedziałby coś szorstkiego lub zabawnego, ale cokolwiek to
było, powiedziałby coś, żebym wiedziała, że podoba mu się to, co powiedziałam.
Dlatego
zapytałam - Czy cię straciłam?
-
Porozmawiamy dziś wieczorem o tym, dokąd nas zabieram - powiedział w
odpowiedzi, a ja zamarłam, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w kalendarz na
moim biurku.
Dokąd nas zabieram.
Nas.
Co
to u licha oznaczało?
Byliśmy
nami?
-
Teraz kotku, muszę iść. Będę u ciebie dziś wieczorem o piątej - powiedział.
-
Ja… okej - odpowiedziałem, wciąż chwiejąc się po tym, co powiedział wcześniej -
Mam ci wysłać SMS’a ze wskazówkami?
-
Wszyscy w mieście znają twoje miejsce, ale wielką wskazówką, jak się do niego
dostać, jest to, że nazywa się Canard Mansion i znajduje się na Canard Lane, a
na Canard Lane jest tylko jeden dom, twój dom, więc myślę, że mogę znaleźć
swoją drogę.
To
wymazało dziwaczność z przeszłości i zaśmiałam się cicho, gdy odpowiedziałam -
Zapomniałam o twoich niesamowitych mocach umysłowych, więc pozwolę im cię do
mnie zaprowadzić.
Miał
też cichy śmiech w głosie, kiedy powiedział - Racja. Później, Emme.
-
Do widzenia, Jacob. I dzięki za twoją radę faceta.
-
Dla ciebie zawsze, kochanie.
Kochanie.
Nadal
sobie z tym radziłam, kiedy się rozłączył.
Wyjrzałam
przez okno na podwórko.
Dane’a
nie było.
Westchnęłam.
Rzeczy,
które Jacob powiedział wczoraj wieczorem, uświadomiły mi, że zgodziłam się na
randkę z Danem, ponieważ byłam chora, nieświadomie zastanawiałam się nad swoim
życiem i tym, jak je przeżywałam, i postanowiłam żyć inaczej.
Zawsze
lubiłam swoje życie i skłaniałam się ku samotności. Byłam blisko mojej rodziny,
miałam małą grupę przyjaciół, z których wszyscy byli prawdziwymi, szczerymi
przyjaciółmi, nawet Elsbeth była prawdziwą przyjaciółką (tylko w końcu głupią).
Ale nie miałam nic przeciwko byciu samej.
To,
że byłam chora sama, sprawiało, że czułam się samotna.
Wcześniej
odczułam stratę. Kiedy Elsbeth zerwała z Jacobem, ja zerwałam z nią, ponieważ
to zrobiła. Nie zdawałam sobie sprawy, jak dużą część mojego życia stanowili,
łącznie z Jacobem. Jak zawsze mogłam ich zaprosić na kolację tylko po to, żeby
z nim porozmawiać. Jak wpadałam do ich mieszkania, gdy miałam okazję go
zobaczyć. Jak byłam pierwsza na ich imprezach i ostatnia, która wychodziła, bo
lubiłam spędzać z nim czas.
Kiedy
go nie było, a nawet wcześniej, kiedy się oddalił (a wiedziałam, że to Elsbeth,
nie wiedziałam dlaczego, ale potrafiła być dziwnie zazdrosna), poczułam tę
stratę.
Przenikliwie.
Ale
nie było nic gorszego niż bycie chorą, naprawdę chorą i przechodzenie tego
samotnie.
Nie
żebym chciała dzielić się moim wyczerpaniem i wymiotami z kimś, kogo kochałam.
Tylko
to, że podkreślało to, jak bardzo byłam samotna. Zwłaszcza tutaj, z dala od
rodziny i przyjaciół.
Kochałam
góry, skorzystałam z okazji, żeby się tu przeprowadzić, dla czegoś nowego,
odmiany. Nie wiedziałam, dlaczego to zrobiłam, ale to po prostu przyszło, gdy
byłam na to gotowa.
I
wydawało mi się, że znalazłam swoje powołanie i to nie chodziło o skład drewna,
gdzie musiałam przyznać, że lubiłam pracować. Bycie szefową nie było do
niczego, a mój tata będący moim szefem też nie był do niczego, ponieważ mnie
kochał i zawsze wierzył, że mogę zrobić wszystko.
Moim
powołaniem był mój dom, na który spojrzałam, zobaczyłam, co było pod tym całym
bałaganem i zakochałam się.
Ale
po tym, jak zachorowałam, dokonałam zmian, których tak naprawdę nawet nie
zauważyłam. Przyszły po prostu naturalnie. Nowe włosy, bo tak długo ich nie
strzygłam. Nowe ubrania, bo tak bardzo schudłam.
I
chłopak, ponieważ był uroczy, słodki i we mnie zadurzony, a to oznaczało, że
nie będę taka samotna.
Teraz
dałam ciała.
Westchnęłam
i wróciłam do biurka, żeby popracować, myśląc, że ludzie przeżyli gorsze
rzeczy, a ja jestem jedną z nich. A przynajmniej odzyskałam Jacoba. Lepiej,
wyglądało na to, że Jacob cieszył się z powrotu.
Więc
pewnie przez jakiś czas byłoby do dupy.
Ale
to było życie.
Potem
wszyscy ruszali dalej.
Tak,
czy inaczej.
*****
-
Jezu, Emme, kochanie, to miejsce to rudera.
Tak
powiedział Jacob, gdy otworzyłam mu drzwi o piątej trzy tego wieczoru.
Patrzyłam
na niego przez sekundę, a potem zapytałam - Żartujesz?
Położył
rękę na moim brzuchu, wepchnął mnie do środka, wszedł ze mną i wyciągnął drzwi
z mojej ręki, by zamknąć je ruchem nadgarstka.
Moje
drzwi miały trzy i pół metra wysokości, z litego drewna. Ważyły tonę. Może nie
dosłownie, ale tak było.
A
Jacob rzucił je tak, jakby to były cienkie drzwi z siatki.
To
było gorące i zapomniałam, jak Jacob, robiący nadludzkie rzeczy ze swoją siłą
dużego faceta, dawał mi trochę mrowienia.
Wtedy
nie pozwolono mi naprawdę poczuć tego mrowienia, ponieważ był Elsbeth.
Teraz
nie był, więc mrowienie uderzyło z pełną siłą.
Nadal
przetrawiałam to mrowienie, kiedy wszedł do przedpokoju, rozglądając się i mówiąc.
-
Kurwa, nie wiem czy cię spakować, zabrać do siebie i uratować od tego koszmaru,
czy przenieść się tutaj i jutro zacząć pracę... - odwrócił się, spojrzał na
mnie i skończył - …i ocalić cię od tego koszmaru.
Zwalczyłam
mrowienie i położyłam ręce na biodrach.
-
Nie jest tak źle.
-
Nie masz śniegu na dachu.
Przewróciłam
oczami. Wiedziałam, co to znaczy. Tata namawiał mnie na izolację od około
trzech godzin po tym, jak się wprowadziłam. Nie potrzebowałam tego od Jacoba.
Przewróciłam
oczami z powrotem na niego i oświadczyłam - Jest okej.
-
Ogrzewasz góry, Emme, i za to płacisz. To nie jest okej. I potrzebujesz nowych
okien.
-
Powiedz mi coś, czego nie wiem - odpowiedziałam - Są po kuchni.
Potrząsnął
głową i podszedł do mnie - Przed kuchnią, kotku. Ciepło i bezpieczeństwo. Okna
mogą wydawać się bardziej kruche niż deski, ale jakiś dupek, który zechce
wejść, będzie się wahał, gdyby miał wybić okno. Nie będzie się wahał, by
podważyć deskę.
Nie
pomyślałam o tym.
-
Ale wcześniej izolacja - mówił dalej.
-
Dojdę do tego - powiedziałam mu.
-
Kiedy? - zapytał.
-
Kiedy będę miała odwagę wejść na strych - podzieliłam się, a on się gapił.
Potem
zapytał - Co?
-
Strych mnie przeraża. Spędzanie tam dużo czasu… - potrząsnęłam głową, po czym
poinformowałam go - To stary dom. Dużo widział. Tu mogą być duchy. A duchy
gromadzą się na strychach.
Jacob
nic nie powiedział, ale robił to, nadal wpatrując się we mnie, teraz jakby
myślał, że może potrzebować zmierzyć mi temperaturę.
Więc
mówiłam dalej.
-
Oddam okna przed kuchnią, co jest do bani, ponieważ prawie zaoszczędziłam na
kuchnię, a moja kuchnia jest do bani i naprawdę nie mogłam się doczekać nowej.
Ale z izolacją poczekam do lata, kiedy dni będą dłuższe i, nawiasem mówiąc, … -
pochyliłam się ku niemu i skończyłam - …jaśniejsze. Duchy nie lubią światła.
Jacob
uprzejmie zignorował mój komentarz na temat duchów i zadał pytanie -
Zainstalujesz izolację latem, kiedy jej nie potrzebujesz, zamiast zimą, kiedy potrzebujesz?
-
Mieszkałam tu trzy zimy, Jacob, nic mi nie było.
-
A twój rachunek za ogrzewanie był prawdopodobnie astronomiczny.
Nie
mogłem o tym dyskutować, bo to była prawda, więc zamknęłam usta.
Patrzył,
jak zamykam usta.
-
Kurwa - mruknął, kręcąc głową - Już zaplanowałem być tutaj w niedzielę. Zrywasz
z tym swoim kutasem kretynem, ja zainstaluję izolację.
To
była moja kolej na gapienie się - Mówisz poważnie?
-
Nie słyszałem bicia bębna, by ogłosić koniec żartu, kotku.
Na
jego żart uśmiechnęłam się do niego, ale potrząsnęłam głową - Nie mogę o to prosić.
To wielka robota. Mam duży dach.
-
A ja przyprowadzę Chace. Mam kilku innych kumpli. Dopilnujemy tego.
Wytrzymałam
jego spojrzenie.
Najwidoczniej
naprawdę myślał, że się tym zajmie.
-
Nie wiem, co powiedzieć - powiedziałam cicho, wciąż trzymając jego oczy.
-
Powiedz, że będziesz tu w sobotę, kiedy dostarczą mi izolację.
Pomachałam
ręką przed twarzą - Nie martw się tym. Zamówię jutro.
-
Instaluję, Emme, i płacę - oświadczył Jacob, a ja otworzyłam usta - Aby zamówić
nowe okna, potrzebujesz pieniędzy.
-
Ja… ty… ja nie mogę… nie możesz za to zapłacić - bełkotałam.
Odwrócił
się, mamrocząc - Spóźniony prezent na parapetówkę.
Potem
zaczął iść na tyły domu, pytając - Czy muszę czekać, aż skończą pracę w
niedzielę, żeby dostać piwo?
Nie
odpowiedziałam.
Stałam
tam oniemiała, wpatrując się w to, jak znikał.
Kiedy
wyszłam z oszołomienia, pobiegłam za nim po piwo.
*****
Dziękuję
OdpowiedzUsuńdzięki :) naprawdę cieszę się, że Cię znalazła <3
OdpowiedzUsuńDziękuję super rozdział i czekam na kolejne.
OdpowiedzUsuńSuper😉❤
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję ❤️
OdpowiedzUsuń